Obserwatorzy

wtorek, 22 lipca 2014

Wiejski powiew lata

 Lato na wsi kojarzy nam się przeróżnie, z łąkami, pastwiskami, na których pasą się krówki, koniki... nie umiem sobie przypomnieć z dzieciństwa pasących się kóz czy baranów. Tam gdzie ja bywałam, były przede wszystkim krowy, nawet koni było mało. 
Kojarzy nam się ze złocistymi łanami dojrzewających zbóż w słońcu...obecnie to przede wszystkim polami kukurydzy. A w tych łanach zbóż chabry, rumianki... chociaż po wnikliwej, otrzymanej nauce od osoby znającej się na roślinach polnych, okazuje się, że jest parę roślin łudząco podobnych do rumianka i ten rumianek wcale nie musi nim być. I oczywiście na brzegach łanów niebieściutka cykoria podróżnik, zwana potocznie polną lub dziką cykorią. W każdym razie tak mniej więcej roztacza się wizja przeciętnego mieszczucha, kiedy zapyta się go o wyobrażenia wsi latem. 

niedziela, 20 lipca 2014

Kawałek ogrodu w domu

Nigdy nie byłam zwolenniczką pamiętnikarstwa, wszelkie próby w miarę skrupulatnego spisywania czegokolwiek mi nie wychodziły, ale blog jako miejsce grupowania zdjęć z jakiegoś okresu nawet mi się podoba. Wszystko w jednym artykule, nie trzeba szukać. Dlatego dziś, powspominam domowe kompozycje kwiatowe, które najbardziej mi się podobały. Dodać muszę od razu, że nie jestem wielką miłośniczką ciętych kwiatów, chociaż piękno roślinnych kompozycji w wazonach umiem dojrzeć, ale zdecydowanie preferuję rośliny w naturze, bądź w doniczce z ziemią.


piątek, 18 lipca 2014

Kaliber L w zagrodzie

Od dzieciństwa na liście ulubionych zwierząt głównie - typowo miejskich, znajdowała się koza. Nawet umiałam podobnie meczeć, co wprawiało w osłupienie domowników a jak byłam w ZOO lub w miejscu gdzie się pasły bądź po prostu były, wszyscy myśleli, że to one meczą a nie ja. Co mnie w nich pociągało? Bródka? Mordka? Nie wiem... czasami jesteśmy w czymś, w kimś zakochani bez większego powodu, tak po prostu i już. I na takiej właśnie zasadzie byłam zakochana w kozach. Świadomość, że nie mogę jej mieć w bloku absolutnie mi nie przeszkadzała w uwielbianiu jej. W sumie to było bez znaczenia. Lubię bardzo wiele zwierząt i wcale to nie oznacza, że od razu muszę je mieć. Nawet wtedy gdy powstały kurniki, czyli jakieś budynki gospodarcze, wcale nie pomyślałam od razu o niej aby natychmiast sprowadzić i hodować. Owszem, drgnęło coś we mnie, którejś wiosny, będąc na targu i ujrzawszy napis na tekturze: sprzedam tanio kozę z małymi. Przystanęłam, zadumałam się nad tym i nawet mężowi o tym opowiedziałam ale raczej w sensie ciekawostki niż jakiegoś konkretnego pomysłu.

środa, 16 lipca 2014

Kurnikowa rabata

Opisując w blogu moje dziwne gospodarstwo i jeszcze dziwniejszy ogród, stwierdziłam, że nie może zabraknąć opowieści o tej równie dziwnej rabacie, chociaż nie jest ona najdziwniejszą rabatą mojego ogrodu. Ale bardzo ją lubię, ponieważ jest jakby pomnikiem mojej miłości nie do miejsca zamieszkania ale do przyrody. Mimo mych problemów adaptacyjnych, od początku dbałam o dobro roślin, które zaczynały ze mną tutaj żyć. Sadziłam je tak, aby móc je w razie czego ze sobą zabrać.
Powstała przypadkowo i może właśnie dlatego udała nam się od razu i stała się ciekawym elementem naszej działki. Szczególnie na początku, była jak oaza koloru i kwiecia i czegoś uporządkowanego. Miło przemierzało się długaśną drogę do domu, wzdłuż tych nasadzeń, skomponowanych trochę przeze mnie i trochę przez Matkę Naturę. Każdego roku coś wkomponuje mi w tę pierwotnie zaplanowaną pod kątem roślinności rabatę a ja nie mam odwagi zmieniać jej decyzji. Choć powstały wielokrotnie bałagan w rabacie jest głównie moim udziałem, posadzenia za gęsto lub posadzenia dwóch, mocno rozrastających się roślin. Matka Natura dosadza delikatnie, subtelnie gdzieś z boczku, bądź na przodzie, tam gdzie akurat jest luka i ją stara się skromnie wypełnić.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Śladem liliowcowego zapachu

Nikt w to nie wierzy, ja sama nie mogę uwierzyć w to do dziś, że dopiero z siedem lat temu odkryłam piękno liliowców. Już chciałam napisać, że odkryłam ich istnienie, co po części też jest prawdą, ale taką nie do końca. Gdzieniegdzie je widywałam, nawet w fazie kwitnienia ale jakoś tak... nie wiem... przechodziłam obojętnie. Pierwszą kępkę liliowca dostałam od netowej koleżanki z tegoż samego zaprzyjaźnionego kręgu ogrodniczego, posadziłam na tej mojej nijakiej działce i czekałam czy się przyjmie, stwarzając mu ze swojej strony jak najlepsze warunki ku temu. Ogromnie się martwiłam każdą rośliną, bo rzadko która przechodziła próbę wiosennych zalewisk i stawaniu się rośliną wręcz wodną, co potem ciężkie warunki słonecznej patelni, żyjąc jak na afrykańskiej pustyni. Mimo zacieniania wyższymi roślinami polnymi i siatką cieniującą, nie wiele to pomagało.
Zakwitł... jednym pojedynczym kwiatem w kolorze intensywnego pomarańczu z jasno kremowym środkiem i zawładnął moją duszą. Co było w tym kwiatku? Nie wiem... ale jego kształt kielicha tak bardzo mi się spodobał, że wręcz z lubością na niego patrzyłam i na kolejne, które rozkwitały. Zaczęłam drążyć temat... oglądać inne odmiany liliowców, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, że jest ich taka przeogromna ilość. Uważałam się za wieloletniego ogrodnika uprawiając z powodzeniem ogród różany w podmiejskim ogródku. Czym więcej o nich czytałam tym bardziej mnie zachwycały swą urodą... ba!! zaraziłam pasją do nich mego męża.

sobota, 12 lipca 2014

Kociakowo - początki

To był taki dzień jak dziś, tylko kilka lat wcześniej, pierwszego lata jakiego udało nam się tutaj doczekać po bardzo ciężkiej, pierwszej zimie. Mąż poszedł po jakąś poradę sąsiedzką i wrócił z dwoma kotami ku memu nieukrywanemu niezadowoleniu. Akurat nie takiej porady się spodziewałam. W dodatku na zasadzie wciśnięcia jednego kota dostał w bonusie drugiego aby ,,raźniej było temu pierwszemu". Nie pamiętam już, który to był ten właściwy, a który bonusem zadomowiły się oczywiście oba. Nigdy jednak nie mieliśmy kotów, za to mieliśmy sunię niecierpiącą ich bardzo i to był główny powód mych wyraźnych wątpliwości i rozterek na tym polu. W mieście pruła za nimi ujadając z przekrwionymi oczami i wykrzywionym pyskiem. Jedyny wyjątek robiła dla kociaków wszelkiej maści, te maleństwa mogły jej nawet do miski wejść i nic im nie robiła. A tu nagle pojawiły się dwa, podrośnięte już koteczki.


środa, 9 lipca 2014

,,Lato lato ech że ty! "

Tak jakoś zadźwięczał mi w uszach szlagier Grechuty... patrząc na obecną pogodę jaką mam od co najmniej  tygodnia, sama piosenka ciśnie się na usta.  Jak przystało na rasowego zmarzlucha chłonę w ilościach makro ciepełko, promienie słoneczne czyli jestem gorącą zwolenniczką lata i gdyby to ode mnie zależało mogłoby trwać z pół roku nieprzemiennie z opadami kontrolnymi dla naszego pięknego klimatu. Dlaczego pół roku a nie okrąglutki roczek? Jeszcze parę lat temu byłby ten okrągły roczek ale po zaznajomieniu się z insektami i gadzinami - również w pełnym tego słowa znaczeniu, żyjącymi w ciepłych krajach i które to w pierwszej kolejności przyczłapały by wraz z tym ciepłym klimatem do nas... to jakoś tak milej spoglądam na tę naszą zimę, która mnie jakoś nigdy nie zachwycała.  Nigdy nie przepadałam za zimnem, śniegiem, atrakcje zimowe przyjmuję na chłodno i jest to okres jakieś mojej wegetacji. Ale miało być o lecie...