Obserwatorzy

środa, 30 grudnia 2015

Dobrze mi z taką zimą / I like this winter

Nie należy tego posta kojarzyć z moją tęsknotą za śnieżno białą zimą. Nic bardziej mylnego, ja po prostu rejestruję fakt zmian przyrodniczych jakie każdy widzi. Rok rocznie zimy coraz łagodniejsze, coraz zieleńsze czy szarawe w zależności w jakim otoczeniu mieszkamy. Mnie jako miastowej osobie zima zawsze kojarzyła się z brudnymi stertami śniegu zawalającymi albo kawał chodnika albo miejsce parkingowe dla samochodów, przez co auta parkowały nie tam gdzie powinny, utrudniając przejście pieszym. Jak by na to nie patrzeć, zawsze pieszym dostawało się bardziej. Ale ja nie o tym...

wtorek, 29 grudnia 2015

Na grudniowym łonie natury / Walking in December


Obecny grudzień w niczym nie przypomina tych z poprzednich lat, kiedy śnieg leżał jeśli nie po kolana to chociaż po kostki czy w ogóle był. Mnie akurat to nie martwi, raczej cieszy chociaż dzisiejszy mrozek nie wróży nic dobrego dla roślin, które są pozbawione swej ochronnej białej pierzynki. Dziś zaszczyciło mnie słońce, wczoraj padał deszcz i  muszę przyznać, że deszcz w grudniu w ogóle mi się nie spodobał. Wypatrywałam go latem a wzdychałam w sierpniu a nie teraz w zimie, kiedy rośliny śpią. W ostatnich dniach wolne dni sprzyjają moim spacerom i wycieczkom. Może to jakaś tęsknota już za wiosną? 

czwartek, 24 grudnia 2015

Radosnych Świąt!

Jak co roku o tej samej porze myśli moje skierowane są ku bliskim, przyjaciołom, znajomym oraz wielu ludziom, których nie znam, a po prostu wiem, że żyją na tej samej planecie co ja. Bez względu jakiej jesteśmy narodowości, koloru skóry, religii... bardziej cywilizowani lub mniej mając na myśli półdzikie plemiona, które pewnie nie mają pojęcia, że święta Bożego Narodzenia ogarnęły prawie cały świat.  Wszyscy jesteśmy Ziemianami. 

niedziela, 20 grudnia 2015

Świąteczne duchy


19 grudnia, sobota, przedpołudnie

Chyba w końcu jakiś duch do nas zajrzał, nie jestem do końca przekonana czy to na pewno duch tegorocznych świąt, chociaż rozległy się po raz pierwszy kolędy w domu, ale na pewno coś drgnęło w kierunku przedświątecznych porządków. Obie łazienki lśnią a kuchnia pięknie pachnie pomarańczą i jaśminem od płynu do mycia podłóg firmy Ajax. Nawet kuchenne okno załapało się do mycia., jako jedyne, więc raczej to duch porządków... może być i  przedświątecznych porządków wszystko mi jedno, grunt, że w końcu coś się ruszyło, bo jakoś tak było nienaturalnie spokojnie. A tak duch wpłynął na mnie a ja wpłynęłam na resztę domowników stawiając ich na równe nogi  i wartko zachęcając do rodzinnych porządków. Mam nadzieję, że nim przestawimy dom  do góry nogami nadejdzie duch spokoju świątecznego i zapanuje nad tym obecnym, który zaczął szaleć... 

wtorek, 15 grudnia 2015

Magia witryn sklepowych / Shops' windows magic

Rok rocznie zima a szczególnie czas świąteczny to pora,  kiedy z ogromną przyjemnością wybieram się na spacer po warszawskiej starówce. Nawet mi śnieg nie przeszkadza a wręcz przeciwnie miłe dla ucha mego jest jego skrzypienie pod butami. Starówka jest miejscem, które za każdym razem wprawia mnie w zadumę nad upływem czasu, nad zmiennością codzienności... to taki zakątek dla mnie, który poprzez zachowany klimat minionych lat ...  wieków nawet, potrafi zatrzymać mnie i zmusza do zastanowienia nad doczesnością czy wręcz marnością tego świata, nie mówiąc o jego sensie istnienia. A świąteczne witryny sklepowe są przepiękne i nawet ja, osoba dorosła z miłą chęcią zatrzymuję się przy nich i podziwiam, zachwycając się każdym szczegółem.


środa, 9 grudnia 2015

Kichnięcie zimy i podkładki z obrusa

Śnieg, padał dopiero przez jedną grudniową noc a ja wybiegłam w kapciach na zewnętrzne schody i zrobiłam kilka zdjęć, od tak, impuls pierwszego śniegu, który zawsze robi na mnie wrażenie a potem nie mogę się doczekać do wiosny.

















Śnieg stopniał zaledwie po paru godzinach niosąc ze sobą ogromną huśtawkę pogodową jakby się nie mogła zdecydować na jedną. Dzięki czemu poczułam, że nadeszła zima i łopatę z grabkami wreszcie odłożyłam do komórki i czuję się wolna... wolna ogrodniczo... nareszcie.

niedziela, 6 grudnia 2015

Wyróżnienie

Zawsze z  dużą dozą zaciekawienia  przyglądam się wszelkim wyróżnieniom i w ogóle tej formie społecznej działalności, która sprawia tyle radości. Zawsze cieszę się wraz z innymi
 i szczerze gratuluję, bo piękna jest ta radość kryjąca się za znaczkiem, obrazkiem... słowem. Dziś mam okazję poczuć tę radość i przeżyć to zjawisko jak wielu przeze mnie obserwowanych ludzi. Jest to niesamowite doznanie i jakieś nie do wierzenie, że ktoś z pośród tak wielu wspaniałych, interesujących, cudownych blogów dojrzał mój. 


sobota, 5 grudnia 2015

Owocowy deser na zimno

Jak patrzę po blogach to prawie wszędzie zagościł już duch tegorocznych świąt... nas jak zwykle omija i się spóźnia. Rok rocznie mam z nim problem. Winą obarczam pogodę i brak śniegu. Kiedy leży... bądź straszy to jakoś tak moje myśli łatwiej zagonić ku zimowym myślom, a tak... jak dziś... piękna, słoneczna pogoda i słowo daję, gdyby nie w miarę dobrze poukładane szare komórki to bym złapała za łopatę i zaczęła prace ogrodowe. U mnie jeszcze pięknie zieleni się nać selera w podniesionej rabacie. Pogoda jest tak śliczna, że w całe mi nie w głowie świąteczne ozdoby, a przecież święta tuż tuż...  Ale pamiętacie jak wspominałam, że zdarza się iż mimo mej alergii na kuchnię, pojawiam się z niej... ;)

wtorek, 1 grudnia 2015

Oglądając się za siebie z Elżbietą Kowecką / I'm interested in bygone times.

Jakiś czas temu dokonałam odkrycia na skalę światową, że moje  grono ulubionych blogów, które nieustająco się powiększa, z łatwością mogę podzielić na różne grupy tematyczne, które są odpowiednikiem moich zainteresowań. To jest niebywałe jak wręcz podświadomie dokonujemy pewnych wyborów, kierując się przeróżnymi względami a tak naprawdę one są ściśle w nas samych zawarte. Dziś znów będę spoglądać w minione epoki gdyż bardzo silnie nalezę do tej grupy, która żywo interesuje się nimi pod kątem zwyczajów, obyczajów czy po prostu tego zwykłego, codziennego życia - na tamten czas. Zabytki architektury tak mnie nie pociągają jak  zapiski, publikacje,  fotografie czy  ilustracje. 

czwartek, 26 listopada 2015

Zimowa pogodynka

Kiedy zakwita grudnik (Schlumbergera truncatana naszym parapecie to znak, że bez względu jaki to dzień kalendarzowej pory roku, za oknem  wielkimi  susami  zbliża  się  zima i tak też stało się w tym roku. Jak co roku jestem zdumiona, kiedy widzę go w pąkach a zaraz za nimi  przychodzą pierwsze przymrozki. Któregoś roku pąki  pokazały  się  w  październiku i też się nie pomylił.  A teraz kiedy coraz piękniej kwitnie, co ranek wita nas szron. Zawiesiliśmy już słoninkę za kuchennym oknem bo sikorki już się domagały, a niektóre to stukały nam w okno przycupnąwszy na parapecie. Nie wiem czy już pora czy nie, ale one są dla mnie głównym wskaźnikiem.


sobota, 21 listopada 2015

Mieczyki - ratując cebule / Gladioli - saving bulbs

Sobota należy do takich dni, kiedy z przyjemnością siadam do kompa i czytam sobie ulubione blogi i napawam oczy pięknymi zdjęciami. Potem rozglądam się po swoim blogu i nadziwić się nie mogę, że tyle miłych i serdecznych komentarzy znajduję bo gdzie mi tam do tych wszystkich wspaniałych blogów.  Nie, nie, to nie będzie post pod tytułem nie wiem po co piszę bloga. Ten temat jest zamknięty, bo zajął moją głowę jakiś miesiąc po założeniu bloga i do dnia dzisiejszego nie znalazłam na nie odpowiedzi, więc piszę sobie dalej... Dziś stanęłam przed inną traumą blogową - brakiem tematu do pisania? - Nie, z tym to akurat problemu nie ma, wystarczy, że spojrzę przez okno i skupię wzrok na dzisiejszej czerni drzew stojących smętnie w fazie snu. Więc z czym? A mianowicie brakiem świeżych zdjęć do wstawienia na bloga.

niedziela, 15 listopada 2015

Kuchenna wizja / Renovation commode in the kitchen



Jesień w kalendarzu, jesień za oknem ale i jesień u nas w domu bo się zabrałam za domowe sprawy. Miałam już napisać ,,domowe robótki" ale to za dużo powiedziane. To tylko może sprawiać takie wrażenie. Praktycznie skupiam się tylko na rzeczach na już, niecierpiących zwłoki chociaż mam mnóstwo pomysłów na ciekawe prace domowe, to ciągle odkładam je na później i... wiadomo. Różnorodność zwierząt, duży teren wokół domu, wielki dom, pasja, którą realizuję zawodowo i wiele innych rzeczy, które przykuwają mą uwagę są tylko świadectwem na to, że ze mnie niespokojna dusza, która nie może usiedzieć w jednym miejscu i ciągle coś... ciągle coś... gdzieś gna, gdzieś pędzi, jest w milionach miejsc równocześnie a tak naprawdę nigdzie nie zagrzewa miejsca.  W każdym razie nastała jesień, bo sięgnęłam po domową listę z pracami. Tym razem padło na kuchnię...


piątek, 13 listopada 2015

Podwórkowa ferajna / My country animals

Dziś będzie o podwórku. Niby niewiele się dzieje a jednak ciężko nadążyć za opisywaniem wszystkich rzeczy jakie się zdarzają. Tak naprawdę to każdego dnia coś jest nowego, radosnego lub smutnego, jak w wielkiej urozmaiconej rodzinie. Czasami mam wrażenie, że moje podwórko to jak gwałtowna huśtawa pogodowa, która nieustająco się zmienia i nas zaskakuje. W naszej wariacji, wiejskiej partyzantce odnajdują się chyba tylko koty, spokojnie obserwując wszystko co się dzieje. Są obserwatorami i czasami szkoda, że nie mogą własnymi słowami podzielić się tym co widzą i czują. Wszędzie gdzie coś się dzieje są i one. Wystarczyć się tylko rozejrzeć i zawsze się je zobaczy.

środa, 11 listopada 2015

Polowe rozterki i jesienne astry

W niedzielny poranek urzekła mnie piękna słoneczna pogoda, miałam wrażenie, że to letni dzień. Już planowałam przyjemny spacer po okolicy, kiedy zaraz za ciepłem przypłynął wiatr... silny wiatr. Szkoda. Z jednej strony promienie  słońca wabiły na dwór, z drugiej było  wietrznie  i  nieprzyjemnie. Pozrzucał liście  z  drzew  ogałacając  je   jeszcze   bardziej i przybliżając krajobraz ku zimie niż pięknej, złotej jesieni. Pojedyncze drzewa jeszcze mienią się kolorami ale sprawiają wrażenie niedobitków po wietrze niż nadają okolicy jesiennego klimatu, stojąc tak samotnie pośród gołych braci.  Fotka zrobiona jest podczas mojego krótkiego, porannego wypadu na ,,drugie pole", które wraz z kozami staramy się odchwaścić i jego spontaniczną florę znacznie utemperować. W naszych głowach rodzi się tak wiele pomysłów do zagospodarowania tej przestrzeni (ok. 300 tys m2), że jak na razie realną wizją stają się leśne nasadzenia i pastwisko dla kóz. 

poniedziałek, 9 listopada 2015

Moja serdeczna Rose...

Tym razem post chciałam dedykować wyjątkowej osobie, która bardzo wiele dla mnie znaczy, mimo, że się tak naprawdę nie znamy. Nie znamy... w dzisiejszych czasach to znaczenie traci na sensie, kiedy znajomość jest netowa. Tak jak w tym przypadku. Czytam ten blog już od bardzo dawna, ale to nie wszystko. Klimat, czar, urok i sentyment autorki do dawnych czasów przyciąga mnie jak magnez... do tego stopnia, że zalicza się do tych blogów, do których zaglądam za każdym razem gdy złapie mnie smutek, kiedy spotka mnie przykrość... blog Rose o tytule Vintage Rose koi moje nerwy i daje spokój ducha i wewnętrzne odprężenie.  Ale nie tylko... 

niedziela, 8 listopada 2015

Odwiedziny Słońca / The sunny day

Wyszłam na taras i oniemiałam. Ciepło! Najpierw w okna zajrzało słoneczko a świat wokół domu przybrał złocistą barwę już to mnie zdumiało po prawie pochmurnym tygodniu. Wyskoczyłam na taras aby chociaż przez chwilę nacieszyć się promieniami słońca i w progu zatrzymała mnie temperatura. Chwilę się zeszło zanim ja i mój organizm przyjął to do wiadomości. Stanęłam więc na tarasie i nadziwić się nie mogłam. Ptaki przekrzykiwały się, ciepłe powietrze sprawiało wrażenie jakby to był letni poranek. Cudownie! - Pomyślałam w duchu... Tak bardzo mi go brakowało.

piątek, 6 listopada 2015

Listopad...

Wrzesień minął by nam niezauważenie, gdyby nieznaczna różnica w opadach deszczu, który to miesiąc przyniósł z sobą i każde krople z nieba były przez nas odnotowywane po letniej suszy. Październik zlał nam się z wrześniem udając późno letni miesiąc i dopiero w jego  drugiej połowie poranne przymrozki określiły prawdziwość pory roku w jakiej się znaleźliśmy. Za to listopad od pierwszego swojego dnia w kalendarzu uświadamia nam, że to jesień. Kapryśny jest w tym roku bardzo ale to może za sprawą niezadowolenia z poczynań letnich braci, którzy tak przesuszyli drzewa, że te z kolei zamiast teraz mienić się kolorami przebarwiających się liści, mają je zżółknięte, wyschnięte brązowe bądź już wcale ich nie mają. Można się zdenerwować widząc takie ogólne, przyrodnicze spustoszenie.

sobota, 31 października 2015

Dyniowo i Kacperkowo / Last vegetables and downy Casper

To już chyba w naszej kulturze jest mocno zakorzenione, że jesteśmy ludźmi smutnymi, poważnymi i szukamy każdej okazji do żalów i zadumań. W nas samych siedzi też automatyczna przekora i sprzeciw do wszystkiego co nowe, bez jakiegokolwiek rozeznania się w temacie. Zmierzam do halloween? Poniekąd, ale tylko przez chwilę. Silny sprzeciw Kościoła a coroczne agitacje księży z naszej parafii sprawiły, że mimo własnego sądu na ten temat, mimo znania prawdziwej genezy pojawienia się tego obyczaju, zaczęłam się zastanawiać, że może jednak taki mocny sprzeciw duchownych ma sens? Może moje myśli są zbyt krótkowzroczne i nie obejmuję tego szerzej? Wiele rzeczy, które z pozoru są niewinne i mało znaczące nagle w naszym ludzkim świecie dorastają do ogromnych rozmiarów dominując nad sprawami prawymi moralno - społecznymi. I zatrzymać tego potem nie można mimo, że przynosi więcej złego niż dobrego. Więc może...? 

wtorek, 27 października 2015

Dom w... / Small park in my garden

Widzę, że jakoś w tym roku same się tworzą jesienne posty. A może mam jakąś wewnętrzną potrzebę uwiecznienia tego w fotografiach, zatrzymania w pamięci? W miniony weekend ot tak z własnej ciekawości zajrzałam do archiwalnych jesiennych postów i zdumiałam się, bo o wielu rzeczach już nie pamiętałam. Ot zapisana ulotna myśl, która po prostu poszła w niepamięć zdominowana sprawami codziennymi. A tu niespodzianka! Została uwieczniona na blogu i jest, można do niej wrócić a przede wszystkim można sobie o niej przypomnieć. Błahostka to wielka, bo i w tej chwili nie pamiętam, prócz tego, że tam jest zapisana. Takie rzeczy mnie bawią, co by nie rzec, że śmieszą. Nie pamiętamy czegoś ale pamiętamy gdzie jest w razie przypomnienia sobie. Ten post jest właśnie kolejną taką błahostką, o której zapomnę ale myślę, że za jakiś czas z przyjemnością powrócę i będę się dziwić tym o to słowom... Jakie to zabawne...

sobota, 24 października 2015

Weekendowa sobota na wsi

Jesienna szaruga otacza mój dom z każdej strony. Wygląda zza lasu, wygląda z pól, wygląda z łąk, nawet przyczaiła się na głównej drodze prowadzącej do cywilizacji. Ćwierkają o niej wróble, stadnie już latając od krzewu do krzewu. Przelatująca sroka zaskrzeczy jesienną nutę. Nie słychać kukułek i wielu innych ptaków, które już odleciały. Więcej sikorek zagląda już w okno czekając na wywieszenie słoninki. Przymrozki minęły, cały tydzień był deszczowy z mglistymi porankami i wszelkie prace ustały, podwórzowe i ogrodowe. Nastąpił czas oczekiwania, kiedy wreszcie przestanie padać, kiedy się ociepli... obserwacja prognozy pogody i wyczekiwanie. Nieustająco lubię zerkać przez okno z salonu na prezentowany już wcześniej widok. Dziś i on jest w jesiennej poświacie. W oczekiwaniu na poprawę pogody czas zatrzymał się w miejscu...


środa, 21 października 2015

Kolorowe leśne dzieci

Las sam w sobie jest miejscem urokliwym i niejednokrotnie zaskakującym nawet jak się go zna, a przynajmniej tak się uważa. Jest miejscem żyjącym własnym życiem czy to nam się ludziom podoba czy też nie, on wciąż, nieustannie realizuje własny plan mimo, że człowiek ciągle mu w nim przeszkadza czując się gospodarzem tego terenu. Na pewno miło jest tak się oszukiwać, że mamy na coś tak wielkiego i złożonego wpływ. Dobrze, kiedy człowiek zdaje sobie z tego sprawę i sprowadza swoje działania do jedynie słusznej pomocy.
To jest moja kolejna próba napisania o leśnej wyprawie do lasu, która miała miejsce niedawno i ciągle jest zdominowana przez grzyby. Dziś się nie dam i od razu przejdę do setna tematu.

niedziela, 18 października 2015

I znów o grzybach...

Obraz mego domu po ambitnych, męskich pracach zaowocował książkowym postem i moim spotkaniem z Jane Austen dla ukojenia nerwów, co z kolei wykluczyło mój pierwotny zamysł aby jesienno leśny temat rozłożyć na dwa posty. Ale to drobiazg i gdybym o tym teraz nie wspomniała za pewne nikt by tego nie zauważył. W każdym razie ten post jest kontynuacją tego tutaj .  Zaczynamy...
Jesień to czas, kiedy las najczęściej obfituje w grzyby. Miło kiedy są to grzyby przez nas zbierane lub po prostu jadalne. 




środa, 14 października 2015

Papierowa nuta spokoju/ Rest with a book

Są takie chwile w życiu każdego człowieka, że w głowie aż buzuje od przeróżnych myśli i gwałtownych emocji, w której aż kipi  od chęci obwieszczenia tego jeśli nie całemu światu to chociaż bliższemu otoczeniu a przede wszystkim najbliższym domownikom, co rezolutniejsze zacne matrony i kobiety szacownego wieku odradzają, zachęcając wręcz do milczenia co z ich wieloletniego doświadczenia jest w tym momencie mądrzejszym rozwiązaniem. Wybuch emocji niczym gejzer wulkanu może i oczyszcza wnętrze duszy ale zalewając otoczenie lawą nie przynosi ukojenia a wręcz przeciwnie, stwarza większe problemy przynosząc dość często żal  i przykre  jego następstwa w postaci silnych wyrzutów sumienia i wielokrotnie dręczenia duszy, że mogło się inaczej, że było się zbyt surowym, bo przecież w gniewie wiele rzeczy powie się nieopatrznie, bezwiednie... Tak więc, idąc za poradą zacnych kobiet z większym stażem życiowym od mojego, skryłam się w swej alkowie i tutaj przelewam, w cichości pomieszczenia swoje myśli i żale, aby nie obarczać nimi rodziny. 

niedziela, 11 października 2015

I mam ten październik...

wschód słońca
Jesień i do mnie w końcu zawitała. Z przyjemnością pozostałabym w klimacie wrześniowego postu, kiedy to lato wdzięcznie rozsiewało swój urok, czar i wdzięk. Ale chyba w końcu zebrało się wraz z kolejnymi stadami ptaków i odleciało w siną dal. Wraz z panią jesienią przybyli państwo Szpakowińcy, jak co roku zabrać swoje walizki i pożegnać się z nami... ze mną. W tym roku zrobili to dość pośpiesznie. Tyle co z rana pan Szpakowiński usiadł na poręczy balkonu tuż przed moim łóżkiem  i upewniwszy się, że go widzę, pokręcił się, machną skrzydełkiem coś zaćwierkał bo widziałam ruch dziobka i zataczając kilka razy koło nad balkonem odleciał... A mnie zrobiło się smutno, tęskno i tak bardzo samotnie. Przypomniałam sobie jak dopiero co pisałam o  pożegnaniu z nimi w zeszłą jesień, potem dzieliłam się radością z ich powrotu wczesną wiosną a tu znów musimy się pożegnać.

niedziela, 4 października 2015

Co słychać...

,,Mamy już październik" - Nieustająco ten zwrot mnie zaskakuje i wprawia w jakieś zadumanie. A wszystko przez tę pogodę. W mojej duszy nadal wrzesień gra, bo pogoda jest śliczna. Może nie ma już letnich upałów, ale nadal jest słonecznie, ciepło i miło. U mnie wdzięcznie jeszcze zielenią się drzewa. Miałam okazję ruszyć się z okolicy to ku memu zaskoczeniu ujrzałam złociste drzewa majestatycznie górujące nad szosami. Tam rzeczywiście panuje już jesień, u mnie nadal lato, chociaż poranne ochłodzenie daje o sobie znać, ale jak dla mnie jest przepięknie i prześlicznie i mogłoby tak trwać i trwać...
Na pierwszej fotce tak jak widać, jak zwykle niczego ukrytego nie doszukujemy się - jest dach sąsiadów.  Rodzina bardzo miła i serdeczna ale mnie urzeka od września ten właśnie widok z mojego okna. Dach z kominem albo komin z dachem (jak kto woli) otulony zielenią, mimo, że to złudzenie ,,odległościowe" bo te drzewa rosną o wiele dalej od ich domu. Obraz ten pokazał mi się gdy siedziałam w salonie, w fotelu i tak jakoś spojrzałam w okno... oniemiałam z zachwytu. Nawet nie macie pojęcia z jakim trudem robiłam tę fotkę aby zachować obraz oryginalny. Wstając i podchodząc do okna zmieniłam zupełnie kąt patrzenia i ku uciesze domowników balansowałam pośladkami tuż przy parapecie aby fotka jak najbardziej oddawała prawdziwość obrazu.

poniedziałek, 28 września 2015

Jesienna wiązanka

Mimo, że wrzesień był piękny i ciepły to jednak chyba dopada mnie jesienne rozleniwienie  albo  Wy  macie  za  fajne blogi i dlatego   bardziej   wolę   czytać   niż   pisać. U każdej z Was zawsze coś fajnego znajdę, przeczytam, co mnie wzruszy, co mnie zastanowi...  o czym myślę przez jakiś czas... a  czasami  i  kilka  dni.  Zaglądam  do  osób, u których zalega cisza i często spaceruję po tematach z lekka tęskniąc za nowymi wieściami. Jak to jest? Na czym to polega? Nie jestem miłośniczką telenowel a wręcz przeciwnie trzymam się od nich z daleka, nie wciągają mnie. A jeśli nawet którejś się uda na   dłużej  przykuć  moją  uwagę   to    i   tak w  którymś  momencie  następuje  zniechęcenie,  znudzenie,  nasycenie  tematem  i baj baj... A tutaj jest jakoś inaczej. Nie zaglądam na blogi jakoś tak częściej niż ogólnie do netu, ale mimo wszystko czuję się coraz bardziej z moimi ulubionymi blogami zżyta. To jest jak wpadnięcie w wolnej chwili na przysłowiową herbatkę czy kawkę. Już takie odczucia miałam przyjemność  miewać  podczas  moich netowych przygód  w  świecie forumowych znajomości i uważam ten stan za bardzo przyjemny.

sobota, 26 września 2015

Sad pachnący owocami...

Sad  pachnący  owocami  to  mój  jeden  z wielu letnich obrazów z wakacji. Rozłożyste drzewa i gałęzie uginające się od owoców i stara śliwa w duecie z jabłonką podpierające się kijem i wyglądające  jak dwie starowinki stojące obok siebie i rozprawiające o tym co widzą, co słyszą i jak jest inaczej wokoło niż za ich młodości. Grube te podpórki podtrzymujące spękane konary nie mające już siły dźwigać własnych plonów. Brzęczenie owadów a w szczególności wszędobylskich os i trzmieli. Jako dziecko miałam wrażenie, że pachną całe drzewa. Nie tylko owoce, ale i liście i gałązki - pachnące drzewo od korzenia po sam czubek. Uwielbiałyśmy z siostrą Elą zerwać takie jabłuszko prosto z drzewa i tyle co przetarte o bluzkę czy spódnicę zjeść a jego soki spływały nam po brodzie. Gorzej było z gruszką, bo od razu przypomina mi się głos babci, upominającej nas abyśmy gruszkę umyły i obrały bo ,,gruszki skórka jest zdradliwa" i będzie nas bolał brzuch. Często siadałyśmy w niedzielny dzionek na kocu w sadzie i bawiłyśmy się a ja z wielką przyjemnością spoglądałam na błękit nieba poprzez koronę drzew owocowych. Cudownie mieniły się w słońcu gałęzie, listki a owoce wydawały się magiczne i prawdziwie rajskie. Ogromną frajdę sprawiało mi zbieranie owoców do wielkich koszy wiklinowych, w których ja, jako dziecko z powodzeniem bym się zmieściła lub do taczek czy mis. Jedne do bezpośredniego spożycia, drugie na zimowe przetwory inne dla zwierząt a jeszcze inne na kompost. Zbierało się wszystkie spady aby ,,drzewo się nie gniewało", że leżą pomarnowane jego owoce. Stara mądrość przemawiająca przez ludzi bo przecież nie wiedzieli, że soki gnijących owoców osłabiają drzewo owocowe.

środa, 23 września 2015

Zgrabna nóżka / Shapely leg in the forest

Nie jestem smakoszem grzybów i nie wyczekuję ich jesienią, tak jak mój mąż grzybiarz i wielki ich miłośnik w każdej formie i postaci. Odkąd prowadzę bloga widzę jednak, że temat grzybów jest nieodzownym tematem mojej jesieni. A dziś pierwszy jej dzień i postanowiłam uczcić to  tematem grzybowym. 
Mieszkanie przy lesie niesie z sobą wiele możliwości i właśnie jedna z nich zrodziła się sama, albo mnie się tak tylko wydaje. Rok rocznie organizuję grzybkom rewie mody. Tak jak mąż upaja się klasycznym grzybobraniem sunąc po lesie w tempie ślimaczym dzierżąc koszyk z nożykiem i wpatrując się w poszycie leśne i bawiąc się z grzybami w ,,a ku ku tu jestem", tak ja biegając wokół niego niczym satelita pstrykam zdjęcia grzybkom, które znajdę, na które natrafię, na które wręcz wpadnę i cieszę się każdym z ich gatunku a okrzyk radości często mylnie jest postrzegany przez mego małżonka gdyż cieszą mnie absolutnie wszystkie.



sobota, 19 września 2015

Kwiaty nocą



Agatek po latach użytkowania aparatu odkryła, że ma lampę błyskową i może robić zdjęcia w ciemności? Nie, nie... aczkolwiek może po części tak, bo odkryłam, że w ogóle jest wstanie złapać obraz nocą :P 
Ale Agatek nie ma weny do pisania spowodowany brakiem wody i mój wolny czas absorbowany jest przez różnego rodzaju miski. Słowo daję, że jestem wdzięczna memu tacie, że nie wychował mnie na miejską księżniczkę. Dziękuję mojej rodzinie, u której spędzałam czas wakacyjny na wsi, gdzie ta miska była czymś codziennym, bo dopiero schyłek ubiegłego wieku uruchomił nagminne dociąganie wody do istniejących wszak łazienek. Miska w wannie, zmywanie w miskach, wc za stodołą w sielskim klimatycznie drewniaku zwanym potocznie wychodkiem jako stały punkt wspomnień z dzieciństwa. 

sobota, 12 września 2015

Kaunas

W oddali płynąca rzeka Niemen
Mam już to do siebie, że spoglądam w przeciwnym kierunku niż zwiedzający. Bardziej od imponujących pamiątek przeszłości interesują mnie obiekty teraźniejsze. Dlatego kiedy inni oglądają zabytki ja wzrokiem poszukuję sklepów, przyglądam się ulicom, parkom, ludziom... wszystkiemu temu co da mi obraz codziennego życia danej społeczności tu i teraz.  Pierwszą rzeczą jaką od razu zauważyłam to odczuwalne wręcz nieduże zaludnienie nawet widoczne w dużych miastach. Litwa jest  niewielkim państwem i mam wrażenie iż nikt się tam nie śpieszy, bo zawsze zdąży wszędzie dojechać.
Posty z lipcowego pobytu na Litwie pierwotnie miały wchodzić na bloga jeden za drugim, ale, że wyszło inaczej to taki krótki wstęp dodałam. Wcześniejsze posty na jego temat można przeczytać tutaj: Klaipeda i   Litewskie ulice.
Kaunas description in English -  https://en.wikipedia.org/wiki/Kaunas

czwartek, 10 września 2015

Sierpień 2015 roku


Ach! Jak chciałam dać upust mojemu rozgoryczeniu na temat marnowania wody pitnej, wody życia... szczególnie przez weekendowych sąsiadów ale moja duchowa natura raz dwa rozwiała te myśli wprowadzając spokój w sercu i zawczasu gasząc rosnącą pożogę... co nie znaczy, że jestem kobietą spokojnego usposobienia, o co to, to nie.
Po prostu nie będę rozsiewać negatywnej energii na blogu. Aczkolwiek nie omieszkam o tym napisać   w tym poście, bo jak tu nie poruszać takiego gorącego tematu, no jak?
Wstawiłam więc kilka fotek z niedobitków, które jakoś tam sobie radziły w ogrodzie, aby zapisać w tym pamiętniku jak to wyglądało i nigdy nie zapomnieć… 
A w planach wiosennych miało być to lato pełne kwiatów… taaaa… samo życie i jego niespodzianki. 
W tym roku lato miało tonąć w kwiatach jednorocznych, od lata do późnej jesieni. Zawiniła susza ale i nasiona, z których nic nie wzeszło, na kury  nie mogę zwalić bo ich zwyczajnie nie było.
Takie trochę smutne to podsumowanie tegorocznego lata. Czasami wydaje mi się, że Matka Natura prowadzi ze mną jakąś rozmowę w ciut inny sposób, niż jako człowiek jestem przyzwyczajona. W końcu to przez całe życie marzyłam aby mieszkać w ciepłym kraju, w klimacie bez mroźnych zim, w klimacie w ogóle bez białych zim...  Biały mieczyk na zdjęciu ma symbolizować gołąbka pokoju ale chyba jednak minęłam się ciut z nim...

niedziela, 6 września 2015

I znów wrzesień

W nowy etap roku wjechaliśmy niczym rozpędzony pociąg. Kto ma w domu dzieci ten wie o czym mówię, a kto nie ma to już tłumaczę. Chodzi o przygotowania do roku szkolnego. Taki ,,nowy rok" w środku istniejącego już roku, który dla jednych mija prawie niezauważenie, może głośniej jest w okolicy, może rozbrzmiewa zapomniany przez letnie dni dzwonek w pobliskim budynku szkoły niczym kościelne dzwony, może w komunikacji miejskiej tłoczy się młodzież i głośno się śmieje, może sklepy niespodziewanie przeładowane są ludźmi, itd. W domach najczęściej jest istny przewrót majowy i nawet jeśli jest wszystko zapięte na ostatni guzik to albo ten złudny spokój  zakłóca sama oświata lub nauczyciele, wymyślając podręczniki szkolne marnych wydawnictw co znacznie utrudnia ich zakup, bądź wręcz uniemożliwia bo wydawnictwo ,,zakończyło swą działalność" jak mamy w tym roku, to na bank zakłócą ją same dzieci, bardziej czy mniej entuzjastycznie podchodzące do końca wakacji. 
Nowy etap roku to również zmiany powakacyjne na podwórzu, których jeśli nawet my nie dostrzegamy, to na bank dostrzegają to zwierzęta bo nawet ich obsługa jest dostosowywana pod poranny rytuał szykowania się do szkoły. A przede wszystkim na pół dnia jeśli nie na jego większość znikają z podwórka dzieci...

sobota, 5 września 2015

Mój Stefek / My Stevie

Nie umiem powiedzieć czy dłubanie w ziemi jest moją pasją, czy tylko sposobem na relaks. Natomiast bezdyskusyjnie moją pasją jest uprawa doniczkowa, która tutaj, ze względu na chłodny dom i brak stałej temperatury pokoi jest znacznie ograniczona. Pierwsze lata spędziłam na ratowaniu roślin, które przyjechały ze mną z ciepłego i stabilnego bloku, potem nastąpiła rozpacz i zniechęcenie, ale pasja ma to do siebie, że jest bardziej uparta od nas samych i kiedy na dobre się zakotwiczy w naszym sercu to powraca jak bumerang. Ostatnie lata to intensywne studiowanie roślin doniczkowych, którym nie przeszkadza bądź odpowiada chłodny klimat tego miejsca. Pierwszy post na ich temat był to parapetowy ogród i w nim dość wylewnie rozpisywałam się, więc nie będę powielać słów już raz napisanych. 

Dziś chciałam pokazać mojego niedobitka, roślinę, która jest starsza od moich małych Miśków, roślina która ma ponad 15 lat, dokładnie nie pamiętam, przybyła do mnie w latach 90 ubiegłego wieku, kiedy zaczęła na dobre podbijać nasz krajowy rynek. A więc przyjechała ze mną z bloku i po ciężkiej naszej walce aby się zaaklimatyzowała, cieszy mnie swoim kwieciem kolejny  już rok.
Stefanotis Bukietowy (Stephanotis floribunda) sprowadzony z Madagaskaru. Główną ozdobą są silnie pachnące kwiaty, które rzeczywiście stanowią pewne wyzwanie dla alergików węchowych. Mimo mej wielkiej miłości i zażyłości ze ,,Stefkiem" (Stevie) na czas kwitnienia, które przypada książkowo na okres  wczesnoletni, u nas kwitnie teraz,  ale potrafi zakwitnąć nawet dwa razy do roku, przenoszony jest w miejsce silnie wietrzone aby zminimalizować intensywność zapachu. Ciężko mi powiedzieć jaki to zapach, bo dla mnie jest on zatykający, może migdałowy? To słowo podpowiada mi głowa. 
Roślina ta zaliczana jest do roślin trudnych w uprawie i rzeczywiście mogę potwierdzić, że należy do tych, którym trzeba poświęcić więcej uwagi. Nie wiem jak inne z tego gatunku ale mój Stefek (Stevie) jest rośliną łatwo komunikującą się. Zwariowałam? Nie... Tym mianem określam rośliny, które odznaczają się dość szybką reakcją na czynniki zakłócające prawidłowy rozwój: przebarwianiem liści czy ich wiotczeniem, czy jakąkolwiek oznaką, że coś im dolega i w codziennej obserwacji mogę od razu komunikat wychwycić i zadziałać. Mój Stefek (Stevie) jak mu tylko coś nie pasuje to od razu to pokazuje poprzez liście co ułatwia nam wspólne pożycie i oczywistym jest, że to właśnie spowodowało, że udało nam się przetrwać nagłą zmianę warunków blokowych, mimo, że Stefanotisy należą do roślin dobrze rosnących w oranżeriach i szklarniach. Jednak lata spędzone w ciepłym bloku zrobiły swoje. W każdym razie udało nam się powrócić do pierwotnej - chłodnej uprawy. 

Kochani :) 
bardzo dziękuję za wszystkie sympatyczne komentarze, za zaglądanie do mnie. Każda Wasza wizyta sprawia mi ogromną przyjemność. Obecnie mam czas nie sprzyjający na spędzanie go przy komputerze: dogasające lato, obowiązki związane ze szczeniakami, przygotowanie do roku szkolnego, itd, itd... i nie mam kiedy odpowiedzieć a i czasami odezwać się na Waszych blogach, ale zaglądam, jestem i czytam.  
 

niedziela, 30 sierpnia 2015

Arka w piórach

Lato a przede wszystkim jego schyłek nie nastraja mnie do siedzenia przed kompem i to miejsce nazwane przeze mnie Arką pochłania sporo czasu i widzę, że robią mi się tematyczne zaległości, ale jak to pewnie każdy, pocieszam się złudnym przekonaniem, że ,,zimową porą będzie więcej czasu i się nadrobi zaległości:".
Nim nadejdzie zima chciałam jednak dziś napisać na temat mojego drobiu. Kiedy wiosną lis wydusił mi kury a wcześniej zdziesiątkował kaczki, przy życiu ostał się tylko Bienio, kto by pomyślał, że kulawa kaczka przetrwa najdłużej, to bardzo wpieraliście mnie duchowo na blogu za co jestem Wam bardzo wdzięczna. I myślę sobie, że tym bardziej nieładnie, nie napisać o tym, że znów mam, że znów kwaczy i gdacze mi na kurzym wybiegu. 

sobota, 22 sierpnia 2015

Osiem par łap i cztery ogony

,,Jak to życie dziwnie się plecie” – Wielokrotnie każdy z nas to zdanie w swoim życiu powiedział w odniesieniu do różnych zdarzeń. Tak samo i ja dzisiaj, dokonałam po raz enty tego samego odkrycia wypowiadając w myśli to znane wszystkim zdanie z jednakową nutą zadziwienia jaka towarzyszy temu za każdym razem, patrząc tym razem na szczeniaki – Wielką Czwórkę. nadal z nami i mają się dobrze. Podrosły, w końcu dobijają do trzech miesięcy już albo dopiero. W każdym razie są większe od kota dzięki masie ciała i nieustającemu wzrostu i na tyle już duże, że zaczynają towarzyszyć nam na ,,drugie pole”, podczas wyprowadzania kóz. 
Nie ma co szukać na fotce czwartej głowy, ponieważ podczas naszych wypraw zawsze jedno z nich zostaje na podwórzu, nie wiem czy to przypadek czy zamierzone, ale tak jest za każdym razem.

sobota, 15 sierpnia 2015

Bukiety lata

Jestem pasjonatką naturalnych bukietów czy może trafniej nazwać je kępami kwiatowymi swobodnie rozrastającymi się w ogrodzie. 
To są dla mnie najpiękniejsze bukiety, które mogę dotknąć, powąchać i podziwiać każdy ich etap wzrostu i rozkwitu. Może jest mi i szkoda, kiedy przekwitają, ale nie aż tak bardzo, jakbym miała ich resztki wyrzucić z wazonu. 
Tłem do nich jest sąsiadująca roślina albo po prostu naturalna przestrzeń tworząca się sama z otoczenia czy poprzez dalszą perspektywę z samego nieba. 
 

piątek, 7 sierpnia 2015

Litewskie ulice

Litwa niepodległość zdobyła jakieś 25 lat temu i prężnie rozwija się. Kiedy odwiedziliśmy ją kilka lat temu widać było w jak opłakanym stanie stała jej gospodarka. Wręcz raziła ogromna przepaść między naszymi krajobrazami wiejskimi a litewskimi z jej  przestrzenią nieużytków. Wiadomo, nie wszystko da się zrobić na raz. Poprzednim razem jak i tym razem zachwycała nas a'la autostrada (a'la- bo jest inna niż nasza, raczej przypominająca nasze drogi szybkiego ruchu), pociągnięta przez całą długość państwa jest fenomenalnym rozwiązaniem i szybką możliwością podróżowania. Wszystko co robią jest robione z dużym rozmachem, przemyślane, czego moglibyśmy się uczyć od nich.

sobota, 1 sierpnia 2015

Klaipeda

Ostatnich kilka dni lipca spędziliśmy na Litwie. Były to nasze drugie odwiedziny Sąsiadów i mimo różnej pogody, a może właśnie dzięki braku upałów uważamy ten wypad za udany. Poprzednim razem skupiliśmy się na pięknym Wilnie i jego imponujących, czynnych architekturach sakralnych, tym razem interesowało nas litewskie wybrzeże i zalew z główną atrakcją wycieczki - Delfinarium. To właśnie dla niego przemierzyliśmy naszym autkiem wiele kilometrów a raczej nasze niemłode już autko pruło rodzimymi i zagranicznymi drogami na ile tylko jego pojemność ,,płuc" była w stanie wydusić z silnika. Spisał się na medal. Przy okazji udało nam się  zahaczyć i o Łotwę, ale to w ramach bonusa wycieczkowego. Uważam, że dzięki takiej sobie pogodzie udało nam się zwiedzić więcej niż gdyby pogoda dopisała, czy padającym żarem z nieba hamowała, zatrzymując nas w poszukiwaniu chłodu i cienia. Ale nic nie jest doskonałe i niestety nieciekawa pogoda odbiła się na zdjęciach.

niedziela, 26 lipca 2015

Knedle - warsztaty kulinarne

Czy ja lubię zaskakiwać? 
Raczej nie, chociaż bliżej prawdy jest stwierdzenie – niekoniecznie. 
Jeśli zaskoczenie ma efekt pozytywnego doznania dla osoby zaskoczonej to czemu nie? Jestem daleka od zaskakiwań o podłożu traumatycznym. 
Dlatego z góry przepraszam wszystkie wytrawne kucharki, których prace twórcze mam okazję podziwiać na zaprzyjaźnionych blogach a i wędrownych kulinarnych blogerów i od razu uczulam, że może porazić ich moja kulinarna koncepcja. 
Nie jestem miłośniczką działań kuchennych jakie by one nie były… może z wyjątkiem parzenia herbaty, rzeczywiście to sprawia mi wielką przyjemność. Ciasta kupuję w cudownej cukierni w miejscowości obok, ku której w przypływie czegoś słodkiego jestem w stanie podążać ponad kilometr polną dróżką nie zważając na pogodę. 

sobota, 25 lipca 2015

Lipiec w mojej Arce

Dziś będzie jeszcze inaczej niż zazwyczaj, bo nagromadziło się wiele tematów, o których chciałabym napisać ale czasu brak. Dodatkowym utrudnieniem jest awaria laptopa, który swoją zawrotną szybkością sprawiał, że moje siedzenie w necie było nieznacznie odczuwalne w mojej bogatej codzienności. Odkąd się zepsuł i musiałam powrócić do mojego staruszka, który pamięta czasy dinozaurów to  sprawa wirtualna stała się nie lada wyzwaniem na skalę kosmiczną. 
Tak więc... (ukłon w stronę pani polonistki ze szkoły średniej) dziś będzie ogrodowy groch z kapustą, który absolutnie nie ma nic wspólnego z kucharzeniem. 
Na fotce moje tegoroczne odkrycie wśród nasion Nasturcja niska odmiany ,,Night & Day" (,,Noc i dzień") Mnie się zawsze zdawało, że nasturcje preferują miejsca słoneczne a tym razem posadzona w półcieniu wybuchła wręcz kwieciem. Czym mnie i męża bardzo zaskoczyła. Może tego roku nie tylko my eksperymentujemy ale i sama Natura, jak zwykle podążająca za człowiekiem.

środa, 22 lipca 2015

Liliowce foto

najnowszy nabytek obecnie kwitnący
W dzieciństwie zbierałam pocztówki ze zwierzętami, zapoczątkowały to hobby dwie pocztówki przywiezione przez tatę z  ówczesnej Czechosłowacji (lata 70 ubiegłego wieku) była to fotografia psa colie i dwóch kociaków. Na tamte czasy bajeczne pocztówki, kolorowe, cudownie wydrukowane i każda dziewczynka by o nich marzyła.  Pod ich wpływem zaczęłam oblegać wszelkie kioski ruchu i powiększać kolekcję o nowe ale już nie tak piękne zdjęcia. Kiedyś może co ciekawsze zaprezentuję ale w dobie pięknych zdjęć i albumów drukowanych czy netowych chyba jest to zbyteczne. W każdym razie miałam już tak pokaźny album, że nie byłam wstanie spamiętać ich i musiałam wędrować z nimi. Być może to ja zapoczątkowałam ich szerszy druk i pojawienie się w kioskach bo wykupowałam dosłownie wszystkie. I muszę przyznać, że na koniec kolekcjonowania, pocztówki były coraz ładniejsze. Dlaczego o tym piszę? Tak sobie myślę, że powinnam wydrukować na kolorowej drukarce fotki liliowców z mojego ogrodu i wędrować z takim liliowcowym albumie po szkółkach ogrodniczych, bo już nie umiem spamiętać, które miałam, chyba, że te odmiany są tak do siebie podobne. Dlatego dzisiejszy post będzie moim prywatnym albumem fotograficznym liliowców, który wraz z nowym zdjęciem tudzież odnalezionym starym, będę sobie tutaj powiększać aby w końcu móc podejrzeć jakie już mam. Bo rok rocznie próbuję je zapamiętać i nie wychodzi.

wtorek, 14 lipca 2015

Hostowy eksperyment

Zauważyłam, że każdy spędzony tutaj rok jest pod jakimś hasłem. Tworzy on się sam i nie do końca nawet wiem na jakiej zasadzie to działa. Czy tworzą go zaistniałe sytuacje? Podążam za tym co akurat urodzi się w głowie? Nie wiem... Był rok pod hasłem nowych roślin, rok pod hasłem tradycji, rok pod hasłem powrotu do pierwotnych pomysłów... każdy rok był czy jest inny... jeszcze bądź nadal... bo może kiedyś się to unormuje albo stworzy się jakiś określona cykliczność. Ten rok jest przepełniony naszymi eksperymentami w dziedzinie ogrodnictwa jak i przetwórstwa i pewnie jesienią również aranżacji domowej. 
To rodzi się samo...

sobota, 11 lipca 2015

Lilie & Liliowce


Lato jest to czas, w którym przede wszystkim w moim ogrodzie królują lilie i liliowce. Niestraszna im moja naturalna dzikość działki, śmiało rozciągają swoje łodygi pnąc się a to do góry a to na boki, w przypadku liliowców liście szeroko rozkładając, zagarniając dla siebie jak największy obszar nic sobie nie robiąc z sąsiedztwa innych roślin. Jak by to powiedział mój syn ,,wymiatają”. 
Jestem nimi oczarowana odkąd tutaj mieszkam. Jeśli chodzi o lilie to wybieram azjatyckie, których nie trzeba wykopywać na zimę i bez problemu zimują w gruncie. Mam nadzieję, że nadal nornice nie będą się nimi interesować i będą mogły swobodnie się rozrastać...

wtorek, 7 lipca 2015

Róże...

Nie dałam rady przeczytać ,,Tajemniczego ogrodu" Frances Hodgson Burnett ale pewna adaptacja filmowa obejrzana w dzieciństwie wywarła na mnie ogromne wrażenie. Nie umiem napisać, która to była ale po obejrzeniu jej zaczęłam sobie wyobrażać ogród otoczony ceglanym murem, wysokim, że nawet jak się wspiąć na palcach to się nie sięgnie górnej krawędzi a w nim mnóstwo starych krzewów różanych, oplatających jeszcze starsze drzewa i popękane pergole. Kaskady kwiatów... a przede wszystkim róże w różnym stadium rozkwitu. Jedne w pąkach czekające niecierpliwie na obejrzenie świata, drugie cieszące się już promieniami słońca i rozsiewające upojną woń inne już nasycone widokiem i pięknem kierujące się ku innym ważnym zadaniom delikatnie zrzucając płatek po płatku.
I taki ogród zawsze mi się marzył... tajemniczy ogród różany przepełniony zapachem, kolorem i mnóstwem spadających płatków róż...


niedziela, 5 lipca 2015

Moja łączka


Myślicie, że wybrałam się na pobliskie łąki, w tak piękny, niedzielny dzionek?
I tak i nie… tu gdzie mieszkam nie ma łąk, są tylko nieużytki zarośnięte trawą. Pamiętam jak pierwszego lata, wybrałam się na rowerową wycieczkę i zachwycił mnie widok pięknej, kwiatowej łąki… takiej z makami, rumiankiem i mnóstwem innych roślin polnych. 
To zadziwienie uświadomiło mi, że mimo mieszkania wśród nieużytków, to nie mam nigdzie, żadnej rasowej łąki. To był dla mnie wielki szok. Wieś bez klasycznych, książkowych łąk, po których biega się gołą nogą a przede wszystkim wraca się z naręczem kolorowych kwiatów jak Marynia z ,,Rodziny Połanieckich".  Ja mogłam co najwyżej narwać kwiaty szczawiu i to przy dużym szczęściu. Posucha kwiatowa... Dlatego stworzyłam ją sobie sama na własne potrzeby. Była w różnych miejscach, obecnie jest wokół stawu… Swoją drogą mięli się ze mną jej mieszkańcy, jak tak przeprowadzałam ich  co i rusz z miejsca na miejsce. 
Więc byłam… ale nie wychodząc poza swoją działkę...

sobota, 4 lipca 2015

Ogrodowa Arka / Garden Ark - harbor for animals and plants


Mam urlop! Cieszy i napawa mnie też pewnym niepokojem pod kątem tego co też mi głowa podsunie za pomysły, też tak macie? W sumie to można by powiedzieć, że ja od wiosny do wczesnej jesieni (w moim przypadku) mam urlop bo otwieram drzwi od domu i jestem … :) No właśnie, gdzie to ja jestem? Na pewno na dużej działce. A na niej jest jeden wielki chaos, spowodowany upychaniem wszystkiego co tylko mieszczuchowi przyszło do głowy… podczas wieloletnich okresów urlopowych. Wizja miejskiego parku przeobraziła się w jakiś teren botaniczno-zoologiczny, ale wiecie co? Jak bym na niego nie patrzyła to nawet mi to pasuje. Mnie ten chaos, albo naturalna różnorodność odpowiada i ja widzę w tym coś poukładanego, coś tworzącego ze sobą jedną, zwartą aranżację ogrodową. Niezaprzeczalnie ,,to mój ogród”. Mój… i przeze mnie zaproszone zwierzęta w nim mieszkają.

wtorek, 30 czerwca 2015

Czerwcowe przetwory i kozi twarożek

Chciałam napisać post o podsumowaniu miesiąca, ale nie da się. To znaczy da się, na pewno, ale wydarzyło się tak wiele, że nie da się tego opisać w jednym poście. Ot... jakoś zdawkowo paroma zdaniami może by się i dało... ale nie wiem czy to by było dobrze. ,,Krótko, konkretnie i na temat" nie zawsze znaczy klarownie i przejrzyście czyli zrozumiale a na pewno niekoniecznie w moim wykonaniu. Dlatego postanowiłam podsumowanie miesiąca zamienić na kilka oddzielnych wątków tematycznych. Czy dobrze? Nie wiem... czas pokaże... a dokładniej czytelnicy tego blogu... jak zresztą zawsze :)))
Jako rasowemu mieszczuchowi wszelkie przetwory zawsze kojarzyły się z jesienią. Mimo spędzania wakacji na wsi, święcie byłam przekonana, że ,,słoikowanie" to sierpień... wrzesień... Nieważne, że truskawki, a przede wszystkim moje ukochane czereśnie,  mogłam kupić tylko w czerwcu i tak  byłam przekonana iż  ,,przetwory robi się tylko jesienią". Skąd takie nastawienie? Nie wiem... z bajek o jesiennych zbiorach? Z jesiennego tłuczenia do głowy w szkołach o jesiennych przetworach? 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Głodna chmurka, sianokosy i grzybobranie / Hungry cloud, Tedding and mushrooming

Naprawdę nie ma u Was pięknej, słonecznej pogody? Trafiłam kolejny blog, w którym czytam o ,,deszczowym czerwcu" albo zimnym... W niedzielę, dokładnie o godzinie 10.00 od strony północnej termometr wskazywał 24 stopnie C i tylko dzięki puchatym chmurom, które rozlały się po niebie mogliśmy działać na działce w ciągu dnia, bo tak to, to znów byłaby ,,Afryka", o której często piszę a nikt mi nie wierzy... Dzisiaj troszkę pokropiło ale tylko troszeczkę co mnie ogromnie cieszy, bo prócz mnie na tym terenie mieszkają jeszcze rośliny z ogromnym terenem leśnym. Ta fotka to akurat z krótkiego aczkolwiek obfitego opadu ale tak mnie zachwycił widok z okna, że czym prędzej pognałam po aparat. Wyglądało zjawiskowo...

niedziela, 28 czerwca 2015

Dobre samopoczucie

Najważniejsze to dobre samopoczucie. 
Gruchnę tak z grubej rury, na dzień dobry, w pierwszym zdaniu. 

Cokolwiek robimy, czy nas to cieszy, czy też nie, warto zadbać o radość ducha. 

,,Cokolwiek robisz, rób to z radością w sercu" - to moje motto, które wędruje ze mną być może nawet od samego dnia narodzin i rozwija się wraz z moją dojrzewającą duszą. 

Wtedy każda praca, nawet ta mniej lubiana czy nie lubiana jeśli nawet nie będzie sprawiała przyjemności to przynajmniej nie będzie dla nas tak uciążliwą i przykrą. A co idzie zaraz za tym, będzie wykonana dobrze i szybko, bo nie będziemy się ociągać z jej realizacją. 



piątek, 26 czerwca 2015

Podwyższona grządka / Raised vegetable garden

Robi mi się coraz więcej zaległości w tematach blogowych, ale to przez to, że za dużo się dzieje wokół mnie. Za dużo widzę, za dużo czuję i na pewno za dużo myślę. Nie wspominając już o tym, że za dużo czytam ulubionych blogów ;-)
Pogoda jest zbyt piękna, niebo ma za dużo cudownych pejzaży z chmur, dookoła za dużo śpiewa ptaków, brzęczy owadów, lata motyli. Za dużo kwitnie pięknych roślin ozdobnych i polnych... a ja jedna ze swoją śmieszną krótką dobą. No nie da się... jest wokoło zbyt piękne :) Jednym słowem lato! Dziś jednak będzie o podniesionej grządce warzywnej (raised vegetable garden), która jest naszym tegorocznym eksperymentem. 

środa, 24 czerwca 2015

moje rozmarzenie...

Korzystając z pięknej, słonecznej pogody i troszkę chłodniejszej niż te ostatnie upały, wybrałam się dziś po pracy na spacer. ,,Spacer" to może jednak za dużo powiedziane, wszak przeszłam zaledwie kawałek drogi z pracy do domu. W każdym razie zapragnęłam popatrzeć na rosnące polne kwiaty, posłuchać ,,co w trawie piszczy". Jakbym miała tego mało we własnym obejściu, ale na obcym nieużytku może jest piękniej? Nie przeszkadzała mi pobliska droga szybkiego ruchu, wyłączyłam się... patrzyłam na niebo i otaczający mnie świat i znów zachwyciłam się jego pięknem i doskonałością... 

niedziela, 21 czerwca 2015

Naturalne pamiątki

Jestem. Nie uciekłam... Bardzo Wam dziękuję za tyle miłych słów, które bardzo mnie wzruszyły ale i zawstydziły i gdyby przytrafiło by mi się to kilka lat temu to bym   swoim naturalnym zwyczajem  wzięła nogi za pas i czmychnęła do mysiej dziurki z zawstydzenia i skrępowania. Czyli zmieniłam się... Bardzo jest mi miło, że tak ciepło spostrzegacie mnie, moje życie i moją formę blogowania. W dodatku, że czasami dopadało mnie zwątpienie, czy aby nie za dużą  nudą powiewa w tej mojej codzienności, w tej mojej zagrodzie pośród nieużytków. Może sama forma jest przy długa, a zdjęcia takie zwyczajne? Ale pisanie przychodzi mi naprawdę łatwo. Nie ma dla mnie większego problemu napisać o wiertarce stojącej na parapecie w pokoju syna już drugi tydzień, chociaż może używał jej wczoraj do naprawienia rolety? Ale nie wydaje mi się. Skoro tak jak sprzed kilku dni stoi nadal obok dwóch kartek papieru złożonych niedbale na pół, imitacji wozu strażackiego pozostawionego przez młodszego i w asyście lampki nocnej, która znacznie góruje nad całym przypadkowym towarzystwem, a której widok szczerze mnie dziwi, bo raczej widziałabym ją na biurku, szafce czy komodzie a nie na parapecie okna. Ot i jest już kilka linijek ... Po prostu każdą rzecz jaką ujrzę lub poczuję jestem wstanie opisać, to się nazywa wylewność?
Jestem tak oszołomiona Waszymi życzliwymi słowami, że nie mam zielonego pojęcia jaki powinien być ten post. O czym?
I znów dusza przyszła mi z pomocą...

sobota, 20 czerwca 2015

Dziękuję za to, że Jesteście :)

Nigdy nie wiem jaki post napiszę, uzależnione jest to od codzienności, od mojego nastroju, od tego co akurat skupi moją uwagę czy zachwyci. Podążam za głosem serca i natchnieniem duszy. Niby trzymam się pór roku ale to naprawdę przypadek. Po prostu w miarę na bieżąco opisując swoje tutaj życie samo to wychodzi, wykonywane obowiązki wobec zwierząt poniekąd same to wymuszają tak jak pory rośnięcia takich a nie innych roślin. W tym klimacie nie da się jeszcze uprawiać warzywnika w grudniu, chociaż pamiętam rok, kiedy przygotowania właśnie warzywnikowe zaczęliśmy w styczniu... i nawet prace ogrodowe... potem spadł śnieg i ostudził nas zapał . 
Akurat się złożyło, że wczoraj minął roczek odkąd założyłam bloga i zastanawiałam się czy coś z tego mojego pisania wyjdzie. I o tym chciałam dzisiaj napisać.

środa, 17 czerwca 2015

Wielka Czwórka

Wrrrr.... wrrrr...

-Kosiarka?

-Nie...

Brrrr... bruuuuu...

- Suszarka?

- Nie...

- To Czwórka Wspaniałych!
Sapcia, Klapcia, Reksio i Kebab.

Kurzy wybieg cały ich, mimo, że są w nim inni mieszkańcy. 

niedziela, 14 czerwca 2015

Moja codzienność

Każdy dzień przynosi coś nowego i nie ma to znaczenia jaka jest pogoda, pora roku, dzień czy ... cokolwiek, co nas otacza i jest z nami związane. Zawsze coś się wydarzy mniej czy bardziej ważnego, znaczącego w naszym życiu. Często snujemy marzenia, mamy wizje i plany danego miejsca, danej chwili, po czym z większym czy mniejszym entuzjazmem albo i pokorom godzimy się na zupełnie inny zwrot wydarzeń... dostosowując się do jego nowego scenariusza szybko albo w późniejszym czasie, często starając się go wyprostować, zmienić... czasami się udaje, czasami nie i tak dzień za dniem, dzień za dniem... Wielokrotnie snułam weekendowe plany ale rzadko kiedy udawało mi się je zrealizować nawet w połowie. A kiedy udawało mi się, to byłam wieczorem okropnie zmęczona, bo oczywiście powiązane były najczęściej z pracami fizycznymi, bo są wszyscy w domu to można zając się tymi sprawami - cięższymi. Kiedy planuję sobie luz i relaks to, to ku memu zdumieniu wychodzi i udaje się wręcz z procentową nadwyżką. Chyba rzeczywiście umysł ludzki musi odpocząć, nie może tak ciągle i ciągle na pełnych obrotach.

piątek, 12 czerwca 2015

Zabawka kózek


Majowa pogoda nas nie rozpieszczała i mamy wielkie tyły w naszym małym bezimiennym gospodarstwie. Lubię robić zdjęcia, więc jest ich trochę ale czasu brak na ich opisanie. Ale tym razem będzie z górki, post jako fotorelacja lepiej opowie niż nie jedno słowo. Dodam tylko, że ciągłe wychodzenie kózek z ich wybiegu spowodowało, że pomyślałam sobie, że przecież to są dzieci... cóż za odkrycie! Kozie dzieci ale dzieci i potrzebują zabawek jak każde zdrowo rozwijające się dziecko, więc dostały, a czy im się spodobało to sami oceńcie.
Zaczęło się niewinnie od testowania o zgrozo głową. Oczywiście kto? Tak, Kacperek. Chłopcy zawsze są odważniejsi i bardziej pomysłowi w tego typu sprawach. Zdjęcia z połowy maja.