Obserwatorzy

wtorek, 1 lipca 2014

Lilipuci świat i gadająca kwoka

Miło przy filiżance porannej herbaty powspominać pierwsze nasze poczynania ze zwierzętami gospodarskimi. Od razu muszę dodać, że głównym celem hodowli kur było i w sumie jest -posiadanie własnych jajek, cieszenie się z małych kurczaczków i samo obcowanie z tym gatunkiem. Skłamałabym jednak gdybym powiedziała, że żadne nie trafiło do garnka. Zdarza się ale bardzo rzadko i raczej za sprawą męża, który hodowlę tę spostrzega ciut inaczej. Ale uczciwie muszę przyznać, że rosołek z własnego drobiu jak to mawiała moja babcia ,,ni jak się ma do kupnego".
Zaraz za typowymi kurami pojawiły się eksperymentalnie liliputy, czyli rasa kurek mniejszych, bardziej ozdobnych i zdecydowanie różniących się charakterem i usposobieniem. Ale o tym mieliśmy się dopiero przekonać.Wyglądem kojarzyły mi się z rajskimi ptaszkami. Bogactwo kolorystyczne upierzenia kogutów i długi ozdobny ogon potrafił wywołać zachwyt, zdumienie wywołał fakt, że kury te potrafią latać. Może nie wysoko ale nie gorzej od bażantów. W każdym razie ich nieokiełznana dusza i pęd do naturalnej wolności, bądź ogromne poczucie terytorialne, nakazywało im przelatywać przez ogrodzenie i żyć na całkowitej swobodzie, znosząc jaja w sobie tylko znanym miejscu działki, śpiąc na krzakach i niższych partiach drzew.


Wyśledzenie lilipuciego gniazda graniczyło z cudem i wielkim kunsztem przebiegłości z naszej strony. Oczywiście nie ruszaliśmy odnalezionych jaj ale mogliśmy trzymać z daleka od nich małego Jaśka i ograniczyć prace działkowe w jego terenie. Muszę przyznać, że liliputy chętnie kwoczą, sprawnie wychowują a przede wszystkim dzielnie bronią swojego potomstwa. Znoszą dużo mniejsze jaja od standardowych kur, ale znacznie częściej. Kwoczą już wczesną wiosną nie bojąc się przymrozków czy przedłużającej się zimy. I gdyby nie to, że są okropnymi indywidualistami, niedostosowującymi się do norm ogólno - podwórkowych, dając tym samym zły przykład innym gatunkom kur, byłyby z nami nadal. Ale uganianie się za nimi szczególnie zimą, zmuszanie do nocowania w kurniku aby nie przemarzły, wszczynanie przez nich awantur i tworzenie konfliktów podwórkowych z innymi kogutami, zakończyło przez nas hodowlę, do której być może jeszcze kiedyś powrócimy.  
Ale widok uganiającego się koguta liliputa za zwykłą kurą do tej pory wywołuje u mnie  uśmiech na twarzy. I nawet coś z tego wyszło bo mieliśmy mieszańce. Średniej wielkości ale bardziej kolorowe, szczególnie było to widać u kur i oczywiście u kogutów. Koguty mieszańce były też średniej wielkości. Wojownicza ich  natura szczególnie podczas wychowywania dzieci była na tyle groźna, że trzeba było uważać na dziecko, na którego potrafiły skoczyć czy zacząć dziobać.
 Ogromny sentyment mam do tej kurki z fotografii obok, która bardzo często ze mną rozmawiała szczególnie o poranku. Gdakała do mnie i łypała na mnie oczkiem i rzucała mi spojrzenia dziwiąc się za pewne dlaczego jej nie rozumiem. Ona zdawała się mnie rozumieć doskonale. Kiedy mówiłam jej, że idę po ziarno, dreptała za mną, kiedy powiedziałam jej, że idę na przykład pielić to szła sobie skubać trawę. Natomiast ja jej zupełnie nie rozumiałam a czasami po wymownym monologu przekręcała główkę wpatrując się we mnie w oczekiwaniu na mą odpowiedź. Nie doczekawszy się jej wzruszała  piórkami i odchodziła a ja miałam wrażenie, że ma mnie za jakąś tępą jednostkę co to jej pojąć nie umie. Wstyd jak beret!  Ale raz się dogadałyśmy! Sukces ludzkiej inteligencki. Wysiadywała jaja za domem i przychodziła na karmienie tylko koło południa, pewnie wtedy najcieplej i mogła opuścić jaja. Przybiegła do mnie i zastępując mi wręcz drogę, żaliła się do mnie. Nie wiem jaki płat mózgu uruchomiłam wpatrując się w nią nader intensywnie, ale dotarło do mnie, że skarży się, że jej liliputy wyjadają rzucone ziarna i ona głodna jest... przychodzi tylko raz dziennie a one mogą sobie zjeść w innej porze. Sypnęłam jej raz jeszcze w innym miejscu. Urwałam pęk rosnącej nawłoci i poczęłam odganiać inne liliputy. Nawet mąż stał w oknie i patrzył na to zjawisko. Bo liliputowa przyszła mamuśka mimo świszczących i stukających wokoło niej gałązek spokojnie wybierała w tempie karabinu maszynowego ziarna , nie uciekając, jakby wiedziała, że to nie ją odganiam. Muszę się Wam przyznać, że poczułam się po raz pierwszy jak istota z wyższego gatunku, która umie porozumieć się z kurą.
 A to zimowa fotka lądującego już koguta liliputa. Zazwyczaj siadały na drewnianym kołku od ogrodzenia, takiego typowego budowlanego stempla i wypatrywały ,,obcych" na niebie i często niespodziewanie sfruwały z niego przelatując znaczny odcinek działki, lecąc ku nam w oczekiwaniu na karmienie.
Dwa ostatnie zdjęcia to nie naszych liliputów, serdecznych znajomych od których właśnie dostaliśmy pierwsze nasze. Wstawię fotkę dla pokazania przeróżnej kolorystyki tego gatunku.


Piękne, prawda? :)


7 komentarzy:

  1. A za liliputy ktoś inny się pojawił?

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak :))))) Ale o tym w kolejnych postach napiszę :) Ogromnie mi miło, że Pani do mnie zagląda :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na dalszy ciąg opowieści podwórkowych - czytelnik
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. zawsze wieczorem zaglądam tutaj i czytam ...moje klimaty :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo mi miło :)))) Ogromnie się cieszę, że podoba się moja ,,pisaninia"

    OdpowiedzUsuń
  6. Będziesz moją ekspertką od kurek . Liczę na wsparcie .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sprawy, chętnie pomagam :)))

      Usuń