Obserwatorzy

wtorek, 22 lipca 2014

Wiejski powiew lata

 Lato na wsi kojarzy nam się przeróżnie, z łąkami, pastwiskami, na których pasą się krówki, koniki... nie umiem sobie przypomnieć z dzieciństwa pasących się kóz czy baranów. Tam gdzie ja bywałam, były przede wszystkim krowy, nawet koni było mało. 
Kojarzy nam się ze złocistymi łanami dojrzewających zbóż w słońcu...obecnie to przede wszystkim polami kukurydzy. A w tych łanach zbóż chabry, rumianki... chociaż po wnikliwej, otrzymanej nauce od osoby znającej się na roślinach polnych, okazuje się, że jest parę roślin łudząco podobnych do rumianka i ten rumianek wcale nie musi nim być. I oczywiście na brzegach łanów niebieściutka cykoria podróżnik, zwana potocznie polną lub dziką cykorią. W każdym razie tak mniej więcej roztacza się wizja przeciętnego mieszczucha, kiedy zapyta się go o wyobrażenia wsi latem. 
Przeciętny mieszczuch wybierając się w okolicę wsi, zakłada, że spędzi na niej miło czas, spacerując, czy leżąc na kocyku, leżaczku na pięknej, pachnącej łące i będzie się relaksował patrząc na błękitne niebo z płynącymi leniwie białymi obłoczkami, wsłuchując się w śpiew skowronka, świerszczy i może nawet kumkanie żabek... tak, jak najbardziej, potwierdzam. Ale jeśli będzie miał szczęście. Obecnie to czas hurgotu maszyn na polach, ,,grających," pił w gospodarstwach, gdyż jest to czas napraw i realizowanie nowych planów podwórkowych. I mylne również może się okazać przeświadczenie, że w niedzielę ludzie na wsi spędzają dzionek w zaciszu i spokoju świątecznego dnia. Odkąd pogoda płata figle to dla ratowania zbiorów maszynami wyjeżdża się i w niedzielę co by zdążyć przed kolejnymi opadami deszczu.  Ale to co mnie osobiście zaskoczyło pierwszego lata, to cudowna letnia woń świeżutkich oborników z obór. Doprowadzało mnie to do szewskiej pasji, kiedy to chciałam zrobić grilla na tarasie czy po prostu zjeść obiad na świeżym powietrzu w niedzielne popołudnie a tu w piąteczek albo w sobotni dzionek sąsiad fruuuu porządki w oborze zarządził i mimo posiadania aż 4 krów, zapach rozchodził się po okolicy niewiarygodnie ostry i niekoniecznie kwiatowy a przynajmniej wiaterek- psotniczek przedmuchujący w moją stronę uciążliwą woń. Ileż to razy nasze posiłkowe plany musiały być zweryfikowane do czterech ścian ze szczelnie zamkniętymi oknami. No cóż... W końcu te wprawiające o zachwyt piękne zboża muszą na czymś rosnąć... te piękne pastwiska ze stadami zwierząt nie tylko mają piękną głowę ale i zadek... o tym przeciętny mieszczuch zapomina często. Lub tak jak mnie, wzbogacanie kompostem naturalnym pola, jako jedyny czas charakterystycznego zapaszku, kojarzyło się w sezonie wczesno wiosnennym lub późno jesiennym. A tu niespodzianka. Kompościk jak każdy inny musi mieć czas na przetworzenie się, odleżeć swoje, przetrawić się.
Co by nie było to wszystkie zwierzątka mieszkające w oborze swe potrzeby fizjologiczne załatwiają każdego dnia. I sprzątać co pewien czas trzeba w oborze czy to się komuś podoba czy też nie. Ale przecież wiem o tym! Rok rocznie spędzając wakacje u rodzinki na wsi widziałam całą procedurę porządkową a mimo to... a może tamten mniej śmierdział?
Tak więc w lecie z tym piknikiem na wiejskim łonie natury trzeba uważać, aby dobrze wybrać nie tylko miejsce ale i czas.
Przyznać muszę z jakąś jednak chochlikową radością i dumą, że odkąd pojawiła się panna Melcia, ten letni, wiejski zapaszek mniej mi przeszkadza za pewne dlatego, że sama dołączyłam do produkujących ten piękny, charakterystyczny smrodek, każdej wsi polskiej. Aczkolwiek z przekąsem muszę dodać, że Melciowa produkcja nie ma tak dalekosiężnego rażenia jak krowia. Na końskej się nie znam. Za każdym razem, kiedy sprzątamy jej szopkę a robimy to przynajmniej raz w miesiącu to z powodu wspomnianej woni, powracają do mnie wspomnienia z dzieciństwa spędzonego na wsi i ta praca staje się naprawdę przyjemną dla mnie.

W ogóle sąsiedztwo z krówkami bardzo mi odpowiada. Szczególnie późną wiosną, po przerwie zimowej sprawia mi ogromną radość gdy je słyszę, a o poranku nasłuchuję charakterystyczne- go dźwięku łańcuchów, kiedy prowadzone są na pole przy mojej posesji. Wieczorne muczenie dobiegające z pola z czasem, tak bliżej jesieni zaczyna irytować, działa jak niechciany budzik, ale z wiosną znów je wypatruję. Często podchodzę do którejś wracając do domu i głaszczę po tej aksamitnej skórze. Zupełnie inna od mojej Melci. Zapach zwierząt też jest inny. Ale oba mi odpowiadają, co jest ważne będąc alergikiem. Szczególnie polubiłam tę czarno-białą krówkę, co nawet widać ze zdjęć, obfotografowana w różnych pozach, ponieważ takie właśnie, sama prowadzałam z pola, każdego dnia wakacji. Mimo całodziennego wspólnego spędzania czasu, właśnie podczas chodzenia po krowy na pole i powrotu z nimi, przychodziły do głowy najfajniejsze pomysły albo dowcipy. Przywołują wspomnienia babci ( szczególnie, że tego roku odeszła), która zawsze stała na drodze i patrzyła jaką to krowę dostałam i wielokrotnie ręką groziła memu kuzynowi, że dał mi za mało łagodną, a jak widziała mnie z dwiema to już ... cho cho... działo się na podwórku ;). Więc i ten zapach, który jest nieodzowną częścią każdego zwierzęcia i krowy też, jest do zniesienia, kiedy niesie za sobą tak dużą dawkę pozytywnych wspomnień.

11 komentarzy:

  1. Lato kojarzy mi się jeszcze z bocianami na polach. Śliczne krowy. Pozdrawiam :)
    - Czytelnik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, na pewno... :))) I ja pozdrawiam

      Usuń
  2. Świetnie oddałaś klimat miejsca i czasu, tak dobrze się to czyta. Co do krówek to też miałam taki wakacyjny obowiązek i nie za bardzo go lubiłam, bo trochę się ich bałam. Pozdrawiam
    Monika
    A co do bocianów to mogłam obserwować ich życie od dziecka Ich gniazdo znajdowało się w pobliżu naszego domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)))
      I rzeczywiście boćka śmiecą? Tak kiedyś słyszałam...

      Usuń
  3. Wiejski powiew lata... baardzo lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam :) Dziękuję za odwiedziny :)))

      Usuń
  4. dzisiaj wieś wygląda zupełnie inaczej ...mieszkam na wsi od zawsze,jak byłam dzieckiem były na wsi krowy ,konie ,barany ,świnki,kozy rzadko ...w każdym niemalże gospodarstwie były kury ,kaczki,gęsi ,indyki ,perliczki ,teraz w całej wsi nie ma ani jednej krowy ,konia ,nie wspomnę o baranach ,w 2 gospodarstwach są kozy ,kury to też nieliczni trzymają -przecież gówien wszędzie pełno ...ech ,dziwne czasy ...rozpisałam się :) pozdrowionka :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. O tak, wieś zmienia się ogromnie i muszę przyznać, że smutkiem, że właśnie na niekorzyść. Z przykrością zawsze patrzę na niewykorzystane murowane budynki gospodarcze i puste podwórza... dla mnie to marnotrawstwo posesji. ,,Po co coś hodować, nie opłaca się lepiej pójść do sklepu i kupić". Kiedy tu się sprowadziliśmy to sąsiad rdzenny gospodarz wiejski, ubijał kury na zimę bo uważał, że nie przezimują. Nas obserwował, podpytywał męża jak się mają, jak zimują? I zaczął je zimować. No przecież to my od niego powinniśmy się uczyć a nie na odwrót. My miastowi przecież :) Kozę też sprowadziliśmy pierwsi... obserwował, obserwował, poprzerabiał szopki i też teraz ma :)

    OdpowiedzUsuń
  6. W każdym artykule można się czegoś ciekawego dowiedzieć. Cykorię podróżnika często widuję i już będę znać jej nazwę :))))

    OdpowiedzUsuń
  7. A w mojej wsi nie ma krów ale mam kupę obornika z importu . Super rzecz.

    OdpowiedzUsuń