Od dziecka zakochana jestem w małych żółciutkich kaczusiach. Ciocia z babcią wręcz chowały przede mną kaczątka, kiedy do nich przyjeżdżałam, bo widok ich wprawiał mnie w jakiś amok szatańskiej pogoni za nimi w celu złapania za ten śmieszny, malutki, żółciutki kuperek. A kaczusie podobno mają słabiutkie serduszko i nie wolno ich tak ,,ganiać" Tak więc... (ukłon w stronę pani polonistki ;)) skoro gdakały już kury, piał kogut, to czemu nie dokompletować kogoś jeszcze? Na targu co i rusz zerkałam w stronę małych, wcale nie żółciutkich kaczątek ale takich jakiś z paseczkami ;) Kiedy jeszcze mieszczuchowi powiedziano, że to tzw. rasa Królewska no to przecież nie można było się oprzeć...
I znów radości co nie miara. Nowi przyjaciele, nowe zwierzaczki do obserwowania, niczym nowy kanał telewizyjny w plenerze. Niestety... świat zwierząt wcale nie jest taki uroczy jak nam się zdaje a człowiek wcale nie jest istotą najgorszą, bezduszną, mściwą... Kury nie zaakceptowały nowych, małych mieszkańców i przez liczne ataki, sprawiły, że mimo naszej interwencji i próby podchowania w domu, ostał się tylko jeden - Szefo.
Rozczarowanie ogromne i pojawiła się jakaś przeogromna rysa w naszych relacjach z kurnikowym światem. Kwakusiał smętnie w pudełku w salonie... tak, tak, Warszawianka miała wiele wizji swojego salonu, ale nigdy nie było propozycji trzymania w nim kaczki, nawet takiej malutkiej sierotki. Kwakałam do niej często, ba pochwalę się przy tej okazji, że umiem całkiem dobrze naśladować ich mowę, czy akurat trafiam w ich kaczy język, to nie wiem, ale sierotka często na mnie patrzyła bardzo skupiona podczas tej naszej rozmowy albo wtulała się w rękę. Ale wiadomo, że to nie to samo. Tak, więc w drodze wspólnego kwakania, wykwakała sobie towarzystwo, ale sparzeni przykrym doświadczeniem, dokupiliśmy większe, sporo podrośnięte. Obawialiśmy się troszkę o los naszej sierotki jak ją zaakceptuje kupne stado kaczek i pilnowaliśmy jej na zmianę. Kaczki to jednak wyższy poziom rozwoju i zaakceptowały się naprawdę szybko, wciągu kilku zaledwie godzin. Mało tego, nasza sierotka została szefem całej gromadki, stąd jego imię. Zabawnie to wyglądało jak o połowę mniejsze kaczątko prowadziło stadko sporo większych a one grzecznie maszerowały za nim. Szefo ,,dostał skrzydeł", bo co które złe ptaszysko chciało go dziobnąć to reszta kaczek broniła go. Mogliśmy spać spokojnie. Wraz z nowymi kaczątkami szumnej rasy Polskiej Królewskiej, również znalazłam nazwę Dworskich, ale w końcu nie wiem jaka jest ich prawdziwa nazwa, przybył do nas Bienio. A Bienio to klasyczna, biała kaczka odmiany mięsnej, ale wpadł mi w oko i wiedziałam, że bez niego nie wyjdę z bazaru.
Rozczarowanie ogromne i pojawiła się jakaś przeogromna rysa w naszych relacjach z kurnikowym światem. Kwakusiał smętnie w pudełku w salonie... tak, tak, Warszawianka miała wiele wizji swojego salonu, ale nigdy nie było propozycji trzymania w nim kaczki, nawet takiej malutkiej sierotki. Kwakałam do niej często, ba pochwalę się przy tej okazji, że umiem całkiem dobrze naśladować ich mowę, czy akurat trafiam w ich kaczy język, to nie wiem, ale sierotka często na mnie patrzyła bardzo skupiona podczas tej naszej rozmowy albo wtulała się w rękę. Ale wiadomo, że to nie to samo. Tak, więc w drodze wspólnego kwakania, wykwakała sobie towarzystwo, ale sparzeni przykrym doświadczeniem, dokupiliśmy większe, sporo podrośnięte. Obawialiśmy się troszkę o los naszej sierotki jak ją zaakceptuje kupne stado kaczek i pilnowaliśmy jej na zmianę. Kaczki to jednak wyższy poziom rozwoju i zaakceptowały się naprawdę szybko, wciągu kilku zaledwie godzin. Mało tego, nasza sierotka została szefem całej gromadki, stąd jego imię. Zabawnie to wyglądało jak o połowę mniejsze kaczątko prowadziło stadko sporo większych a one grzecznie maszerowały za nim. Szefo ,,dostał skrzydeł", bo co które złe ptaszysko chciało go dziobnąć to reszta kaczek broniła go. Mogliśmy spać spokojnie. Wraz z nowymi kaczątkami szumnej rasy Polskiej Królewskiej, również znalazłam nazwę Dworskich, ale w końcu nie wiem jaka jest ich prawdziwa nazwa, przybył do nas Bienio. A Bienio to klasyczna, biała kaczka odmiany mięsnej, ale wpadł mi w oko i wiedziałam, że bez niego nie wyjdę z bazaru.
Ów mini-stawik wychował już kolejne pokolenia kaczek i wprawił o niemalże kurzy zawał, pewną kwokę, która wysiedziała kaczątka i wybrawszy się z nimi na zwykły spacer po działce dotarła do tego rozlewiska. I szok. Jej dzieci chlup do wody a ona biedna została na brzegu i tak biegała gdacząc, nerwowo wokoło niego. Miejsce ze swoją własną historią ;)
Działka na pewno nabrała życia.
Działka na pewno nabrała życia.
Wszędobylskie kaczątka zapełniły tę wielką przestrzeń po brzegi. Wystarczyło się pojawiać już biegły, kwacząc. Chodziły za wszystkim co się ruszało i zaglądały w każdą dziurę, w każdy zakamarek działki.
I wiecie co? Wcale nie biegałam za nimi jak to czyniłam w dzieciństwie. Wystarczyło, że przysiadłam gdzieś na chwilę i przychodziły do mnie a jak były na wyciągnięciu ręki to czasami ,,łaps" za kuperek. Tak fajnie nim poruszają... Nie umiem się powstrzymać :). Obruszały się wręcz zgorszone co to za złe nawyki ale i tak za chwilę siadały obok, kręcąc co jakiś czas swoimi kuperkami. Potrafiłam przysiąść nad brzegiem tego rowu i patrzeć na ich taplanie się i słuchać plusku wody. To taki pierwszy nasz stawik, dziwaczny akwen wodny, nad którym latają ważki, pływają różne żyjątka i teren pierwszych żabek. Z nich byłam bardzo duma, bo żabki w ogrodzie to znak, że środowisko jest ekologiczne. Niestety wraz z letnimi promieniami wysycha i staje się znów zwykłym podłużnym wykopkiem. Przymierzam się aby coś z tym zrobić ale szkoda mi psuć chociaż tej wiosennej radości kaczkom, bo są z nami nadal, cieszą się dobrym zdrowiem i stały się już dorosłymi osobnikami. Bienio i Szefo mają dożywocie. Często rano do nich gadałam z okna kuchennego. Czekając na śniadanie, leżakowały pod oknem i na moje ,,kwa kwa" odpowiadały radośnie. Męża czasami drażniły te nasze poranne pogaduchy. Szczególnie moje kwakanie o poranku wdzierające się w jego sen.
Nie da się ich opisać w jednym poście. Kaczy świat jest zupełnie inny od kurzego, rządzą inne prawa, są bardziej tolerancyjne, pomysłowe... ale o tym w kolejnych opowieściach podwórkowych.
Zapraszam...
Bardzo interesujące opowieści. Cały czas czytam je z wielką przyjemnością.
OdpowiedzUsuńBardzo mnie to cieszy :D
UsuńCodzienny świat ciągle nas zaskakuje! Na tym właśnie polega różnorodność naszych życiowych dróg. Oj wciągnęłam się w Twojego bloga:-)
OdpowiedzUsuńO tak, świat jest niesamowity, zaskakujący i czasami lepiej pójść z nowym nurtem niż płynąć pod prąd :)
UsuńDubel: Ostatnia fotka jest świetna. Fajna ta działka.
OdpowiedzUsuńchyba błędem było ,że przeczytałam tego posta. Kaczek mi się zachciewa a przecież na pustyni mieszkam. Narobiłaś.
OdpowiedzUsuńna jakieś wieksze oczko wodne chyba znajdzie się czas i miejsce ? :))))))))
Usuń