Obserwatorzy

czwartek, 21 sierpnia 2014

Kocham Ją :)

Im więcej piszę artykułów tym więcej mam zaległych tematów. Nie wiem skąd się to bierze? Coś czuję, że nie trzymając się jednego wątku tematycznego, nawiązuję do innych i tym samym otwieram kolejne ,,furtki". Zaczynam się czuć jak w jakimś labiryncie myśli, odczuć a przede wszystkim  słowa. Albo tak bogata jest moja szara codzienność? W każdym razie dziś będzie znów o czymś innym, chociaż nie nowym. Będzie o mojej starowince suni, którą często w necie nazywałam Piękną, ponieważ jest dla mnie piękna. Rasa Mix jak to określono w schronisku na Paluchu w Warszawie te ładnych naście lat temu. Mój pierwszy pies w życiu, chociaż jak większość dzieci już w dzieciństwie marzyłam o posiadaniu psa. Ale w naszym domu obowiązywały pewne zasady i o psie nie było mowy. Może i słusznie? 

Zastanawiając się nad tym teraz szczerze to nie umiem powiedzieć, czy jako dziecko byłabym wstanie zaopiekować się psem w sensie systematycznego wychodzenia z nim za dwór. Patrzyłam na moje koleżanki posiadające owe zwierzę i na ogół po pewnym czasie następowało to znudzenie czy zniechęcenie. Myślę, że do opieki nad pewnymi zwierzętami trzeba  po prostu  dorosnąć. Nasza sunia miała niecałe pół roku jak do nas przybyła. Taki śmieszny psiaczek z przyklapniętymi uszkami siedział sobie na szczenięcym wybiegu i patrzył na przechodzących za siatką ludzi o różnym wzroście, kolorze i hałaśliwości. 
Koleżanka podpowiedziała mi aby po pieska pojechać z czteroletnim synkiem i od razu przekonać się jak zwierzątko zareaguje na dziecko. Słuszna uwaga, dlatego też i tutaj dzielę się nią. Jeden wielki hałas szczekających psiaków i piszczących dzieci i smętnie przechadzających się dorosłych i z nadzieją w oczach choć z lekką obawą wpatrujących się pracowników schroniska. Reasumując okropnie, przygnębiające miejsce. Tak naprawdę musieliśmy zrobić dwa podchody po pieska bo za pierwszym razem  zderzenie z tym miejscem wprost wymiotło mnie po jakiś kilkunastu minutach. Nie dałam rady znieść tego okropnego widoku. Najchętniej chciałabym przygarnąć je wszystkie. Świadomość, że spośród tylu zwierząt mogę wybrać jednego była dla mnie rzeczą okropną. A jak do tego doszła świadomość, że ten los psiakom zgotował człowiek, to... Przecież ja jestem człowiekiem! Nasz uszaty klaptuś (our  droopy ears) siedział sobie spokojnie wśród rozszczekanych i podskakujących rówieśników niczym  się nie wyróżniając. Myślę, że wiele osób nawet nie zwróciło na niego uwagi albo uważało, że jest chory. Moją uwagę przykuła ,,szczekaczka" (,,she barker"). Śmieszny piesek robiący wokół siebie tyle rumoru pragnąc znaleźć własny dom, że ludzie chwilę się z nim pobawili i szukali dalej. Pomyślałam sobie nawet, że gdyby siedziała spokojnie to prędzej ktoś by ją wybrał bo była naprawdę śliczna i słodka. Ale szczeniak jak każde dziecko, emocje pokazuje całym sobą nie rozumiejąc zasad świata dorosłych. Zastanawiałam się czy taki głośny piesek nadaje się w ogóle do bloku? Czy gdybym ją wzięła to sąsiedzi nie mieliby pretensji, czy raczej nadaje się do domu wolnostojącego. Mąż wytypował mocno zbudowanego, brązowego szczeniaka i wyrwał mnie z zadumy pokazując go. Akurat jakaś rodzina zainteresowała się nim.
- Zdecydujmy się na niego, szybko zdecydujmy się na niego bo ktoś go weźmie. - Nalegał mąż wyraźnie dokonawszy już wyboru.
Byłam tak skołowana, że moje szare komórki pracowały w zwolnionym tempie i w sumie prócz tego szczekania i proszenia zwierząt o przygarnięcie niewiele do mnie docierało. Czułam się w centrum psychiczno-moralnego koszmaru. Z jednej strony dusza przejmowała władzę nad ciałem i chciała z tego miejsca uciekać, z drugiej strony uparcie tkwiła z żelaznym postanowieniem, że właśnie dziś i teraz opuścimy ten przybytek z jakimś pieskiem bo po raz trzeci już nie dam rady tu przyjechać w tak krótkim odstępie czasu. Mąż zaczął gwałtownie przeżywać, że przez niego wypatrzony szczeniak został wybrany, ja pamiętam do dnia dzisiejszego, że pomyślałam, że ,,to dobrze, ten znalazł dom. Przecież jest tyle innych piesków czekających aby je wybrać". Nawet w tej chwili szarpią emocje moją duszę wspominając o tym, choć minęło tyle lat... Chylę czoło przed pracownikami a przede wszystkim wolontariuszami w takich schroniskach dla zwierząt. Są wielcy!! Pobyt przedłużał się a ja stałam i ... po prostu stałam. Patrząc ale nie widząc nic. Chciałam złapać pierwszego lepszego pieska i uciec z tego miejsca. I właśnie w tym momencie podszedł do mnie synek i pokazał nam naszą sunię. Zgodziłam się od razu. Mogła być najbrzydsza, ale była cicha. Wiedziałam jedno, ona pasuje do bloku. Adopcja przebiegła nieoczekiwanie szybko i już po chwili siedzieliśmy w samochodzie a w moich uszach jeszcze długie godziny brzmiał echem szczek bezdomnych zwierząt. Weterynarz ostrzegał nas, że może czuć się zagubiona, nie mieć apetytu przez pierwsze dni. Wpadła jak bomba do mieszkania, przeleciała przez wszystkie pomieszczenia zaglądając w każdy kąt w poszukiwaniu swojej miski. 
Pierwszy wspólny z nami posiłek opędzlowała błyskawicznie i oblizując się zerkała czy dostanie dokładkę. Zostaliśmy zobligowani do sterylizacji w odpowiednim czasie, ale wtedy już pojechał sam mąż. Pracownik myślał, że po prostu oddaje psa i doszło do śmiesznego incydentu, w którym mąż wręcz szarpał się z nim, nie chcąc puścić smyczy, kiedy ów pracownik chciał po prostu wziąć naszą sunię i zaprowadzić gdzieś do jakiejś klatki.  Wszyscy uczyliśmy się wspólnego życia. Sunia uczyła się naszych przyzwyczajeń i tego co od niej oczekujemy, my uczyliśmy się cierpliwości i takiej naprawdę prawdziwej miłości do zwierząt. Och! były momenty zwątpienia, że nie nadajemy się na opiekuna psa, szczególnie w przykrych chwilach rozczarowań nad nauką higieny ale nauczyliśmy się tej mądrej cierpliwości i wyrozumiałości potrzebnej przy wychowywaniu stworzenia, z którym nie można było się porozumieć werbalnie. Tak, zgadza się. To my musieliśmy się nauczyć i jako ludzie też dostosować się do psiego świata i jej upodobań. 
Piękna wyrosła na silną i dużą sunię. Terytorialna i należy do psów stróżujących i opiekuńczych. Opowieści na temat sprawowania pieczy nad naszym synem mogłabym przytoczyć wiele, szczególnie  z udziałem panów podchmielonych. Mogłam z nią chodzić wszędzie i czułam się bezpiecznie. Syn nauczył ją wielu sztuczek w tym otwierania sobie drzwi, więc jako stróż była wręcz fenomenalna. Zamknięte drzwi nie stanowiły dla niej żadnego problemu o czym wielokrotnie mogli się przekonać panowie wykańczający nasz dom. Wierny stróż, opiekun ale przede wszystkim przyjaciel i najprawdziwszy członek rodziny.
Pamiętam jej okres dorastania o wdzięcznej nazwie nietoperza. Nadal mały, chudy piesek z podrośniętymi uszami do maksymalnych już rozmiarów, nieoklapnięte a  sterczące  po obu stronach nieproporcjonalnie małej głowy. Słowem nietoperz :) Zimową porą, kiedy syn zjeżdżał saneczkami z osiedlowej górki, Piękna kładła się na brzuchu, wyciągała przednie łapki do przodu a tylnymi się odpychając zjeżdżała w dół. Widok niesamowity! To znów jak saneczki nabierały jakiejś prędkości, jej zdaniem zawrotnej to wręcz próbowała je spowolnić. Na naszych wspólnych spacerach  to ona opiekowała się moim pierworodnym.  Jesienią, zeszłego roku mąż podzielił się ze mną pewnym doznaniem. Wracał po zmroku z lasu, z koszykiem pełnym grzybów ale szło mu się z racji późnej pory jakoś tak nieszczególnie. Z obu stron las, dziwne dźwięki i nagle doleciało go z oddali szczekanie naszej suni. Od razu poczuł się lepiej, śmielej i rześkim krokiem sunął do domu a ona przez całą jego drogę szczekała, jakby wyczuła jego stan ducha. Prawdziwy przyjaciel nawet na odległość.
 A dziś jest starowinką, do której rano podchodzę aby się z nią przywitać tak jak ona zawsze pierwsza przybiegała do mnie. Teraz ja ją wypatruję a kiedy wracam z pracy też od razu idę się z nią przywitać bo wiem, że czeka na mój powrót. Czuje mnie już z daleka i nasłuchuje. Innym razem podniesie się leniwie i przyjmując postawę sędziwej matrony czeka aż do niej podejdę na tych moich dwóch nogach. Czasami mi się wydaje, że ją to bawi.  Jest nadal fizycznie sprawna i potrafi obcym napędzić stracha ale wiek jednak robi swoje.  A obecnie okazało się, że jeszcze jest świetnym psem pasterskim. Nadal dopisuje jej pogoda ducha i jakaś szczenięca potrzeba zabawy. A może ta bogata osobowość bierze się z jej wielorasowości właśnie? Wiem jedno, jej genetyczny mix stworzył wspaniałą istotę. I jestem ogromnie wdzięczna losowi, że nas ze sobą zetknął... a wtedy, tam w schronisku, może to właśnie ona wybrała nas? Dwoje dzieci, szczenię i nas syn może się porozumieli? Zrozumieli? Od pierwszej chwili pokochali? Bo od pierwszego dnia byli nierozłącznymi towarzyszami. A teraz mój syn jest dorosłym osobnikiem a ta nasza starowinka nadal go pilnuje i strofuje jak coś nie tak zrobi. Dla niej to nadal mały chłopiec, w końcu ona jest dużo starsza od niego. A starszych trzeba słuchać... ;)


I miałam napisać zupełnie o czym innym, o przyjaźni psa z kotami a wyszło znów co innego... siedzę i główkuję jaki dać tytuł posta. Rozpoczynając artykuł miałam pisać zupełnie o czym innym... o suni, ale o czym innym i nie mam tytułu... nic nie przychodzi mi do głowy... 
...może taki...?
Kocham Ją :)






11 komentarzy:

  1. Cute little doggie. Thank you so much for coming to visit my blog! Hope you have a nice Thursday.Susan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I'm very glad to see you here. Greetings.

      Usuń
  2. Przepiękny post i wspaniała historia o życiu pięknej i tak kochanej istoty :) Ja też mam swoją 14-letnią babunię rasy mix, która rozkochała w sobie całą moją rodzinę :))
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dostojny już wiek Twojej suni :)))))

      Usuń
  3. Wspaniała ta Twoja sunia, psy są bardzo kochane i niezwykle mądre. Każdy kto ma psa doświadcza jak są inteligentne, jak dużo rozumieją, jak są przywiązane do nas i jak bardzo bezinteresowne. Ta radość na powitanie każdego domownika jest bezcenna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczególnie ta bezinteresowność i ufność, prawda?

      Usuń
  4. Z tematami do pisania tak mam, ale brak czasu wymusza na mnie skrótowość!
    W dzieciństwie bałam się psów- tak byłam wychowana. Teraz je uwielbiam i mam trzy:-)

    dzięki za wspaniałą historię...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż trzy??? Ho ho to dzieje się w domu, oj jest wesoło :D

      Usuń
  5. Wszystkie psiule zasługują na miłość bo same obdarzają nas tą bezwarunkową

    OdpowiedzUsuń
  6. Jaki ma milutki pynio! To zdjęcie w czapeczce mnie po prostu tak rozczuliło, że aż mi łzy napłynęły do oczu. Pogłaski dla maleństwa.

    OdpowiedzUsuń
  7. Oby zdrówko jej dopisywało. Nasz Pongo przeżył 18 i odszedł cichutko w dzień moich urodzin. Końce są bardo smutne. Nie chciałabym abyś musiała nam kiedyś o tym napisać

    OdpowiedzUsuń