Obserwatorzy

środa, 30 lipca 2014

Z nutą egzotycznego trelu, cz. 2

Jak się tak teraz zastanawiam przywołując te wszystkie obrazy z pamięci, dochodzę do zaskakującego dla mnie wniosku, że wszystkie zwierzęta tamtego okresu, które ze mną zamieszkały pojawiły się w moim życiu z przypadku bądź z tzw. ,,potrzeby serca" ofiarowania nowego domu, nowego opiekuna.
Wydarte egzotyczne zwierzęta ze swego naturalnego środowiska nie mają żadnych szans na przetrwanie, dopiero urodzone w niewoli dzieci widzą pewne ,,światełko w tunelu" ale muszą mieć szczęście jak my wszyscy na tym świecie, aby osiąść gdzieś szczęśliwie już na początku bądź po długiej, ciężkiej tułaczce, nie wiedząc zupełnie o co chodzi i jakie panują zasady na tym ludzkim świecie. Że są chwilową zachcianką, kaprysem czy nieprzemyślanym prezentem... jakie to okrutne, kiedy nam ludziom zdarza się być czyjąś zabawką, czyimś kaprysem jedynie... i tak właśnie postrzegam wszystkie zwierzęta, szczególnie te egzotyczne, które same się tutaj do nas nie pchały. I to  przeświadczenie  zapoczątkowało mój skromny zbiór, jakby to tak określić, przeróżnych stworzeń pojawiających się niespodziewanie i z przypadku w moim życiu i w moim domu.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Z nutą egzotycznego trelu, cz.1


Ciężko wierzyć temu, że papużka falista może wydawać trele. Kto miał choć raz kontakt z tym gatunkiem to wciągnie gwałtownie powietrze pozostając w mimowolnym bezdechu. 
Ale po cóż tak od razu, z grubej rury, że one skrzeczą...o wiele przyjemniej napisać o ,,egzotycznym trelu" nawet jeśli jest mocno naciągany. Wychowałam się w przekonaniu, że wszystkie papugi skrzeczą. We wszystkich bajkach były tylko takie. A ku memu zaskoczeniu samiec Nimfy pięknie śpiewa.
Kiedy go usłyszałam stanęłam oniemiała i nie mogłam uwierzyć, że to papuga i że tak cudnie potrafi trelować. Może nie ma co startować w konkursie z kanarkami ale na pewno żaden kanarek nie powstydzi się takiego śpiewającego znajomego. Byłam oczarowana. A wiem co mówię, bo przez naście lat miałam przyjemność mieszkać z kanarkiem... ale to nie  od niego się wszystko zaczęło... Chociaż najwięcej mam z nim wspomnień jeśli chodzi o egzotyczny, ptasi gatunek w moim życiu. 

niedziela, 27 lipca 2014

Świnkolandia

Zainspirowana słowami  Monika MW 18 lipca 2014 Właśnie taka Melcia jest cudna, jedyna taka na świecie. Widzę że akcja na łączce niesamowicie się rozkręca i czekam z niecierpliwością na dalszy jej bieg. Pozdrawiam,
postanowiłam napisać ten artykuł, aby w pewien sposób dokonać sprostowania, że to nie łączka jest reżyserem naszej działki, naszego poniekąd życia, ale łączka również jest wyreżyserowana przez kogoś innego, o kim jeszcze nie pisałam... a może właśnie powinnam od niego zacząć? Bo ten gatunek przyjechał wraz z sunią, z nami i jest nieodzownym składnikiem mojego życia. :)

piątek, 25 lipca 2014

Peg art - układanka

Tym razem będzie ciut z innej bajki.  Ale w tytule bloga słowo ,,mix" nie jest przypadkowe. Tak jak jest różnorodne moje prywatne ZOO, szerokie spojrzenie na ogród i piękno otaczającej nas natury,  tak i ja sama należę do osób poukładanych nieformalnie - cokolwiek to znaczyć może, brzmi jednakże adekwatnie do mojego wewnętrznego JA ;). Nawet nie próbujmy tego zrozumieć, po prostu połóżmy się na fali ludzkiej wyobraźni i pozwólmy unosić się jej po mojej wizji tego świata, która wcale nie musi taka być jak ja ją widzę... prawda?

Wakacje, czas wolny dla dzieci i póki jest pogoda to ten czas można na przeróżny sposób spędzić wykorzystując to co ma się poza domem. Gorzej jest gdy tej pogody nie ma, a ostatnimi czasy płata nam przeróżne figle. Nawet piękna słoneczna pogoda niczym z Afryki również potrafi ściągnąć konieczność spędzenia wielu godzin w czterech ścianach. A siedzenie przed telewizorem czy komputerem jest tym czymś, czego widzieć by się nie chciało. Jestem zwolenniczką ograniczania tego typu przyjemności swoim pociechom, bo czas, w którym telewizja uczyła i przede wszystkim stała na straży moralności dawno przeminął. Gry komputerowe nawet te oznaczone hasłem - bez agresji, też nie spełniają moich oczekiwań. To tak tytułem wstępu aby raz napisać swój punkt widzenia na ten temat i więcej do niego nie powracać. Jestem mamą, która z własnego wyboru spędza z dziećmi jak najwięcej czasu bo to lubi. Jestem mamą, która pozwala się dzieciom ubrudzić i doświadczać zgodnie z potrzebami swego wieku, nawet jeśli sprowadza się to do cierpliwego odświeżania ścian zabrudzonych łapkami dzieci, czy posiadaniem z tegoż samego powodu wykładziny w salonie a nie pięknej drewnianej podłogi bo mój dom jest domem dla dzieci i kiedy przyjdzie czas to wyrosną z brudzenia siebie i otoczenia, w tej chwili tego potrzebują, w dodatku  w szkole nadal na przerwach nauczyciele każą podpierać ściany albo siedzieć pod klasami. Ale znów nie o tym piszę... Pragnę zwrócić uwagę i w pewien sposób utrwalić jedynie, że mój dom jest domem również moich dzieci. Aby zawczasu ,,wyczulić" z zaskakujących emocji spowodowanych przeczytaniem nie jednej dziwnej rzeczy jaka może zostać zawarta na tym blogu.

czwartek, 24 lipca 2014

Pejzaż zachodzącego słońca

Zapach świata o zachodzie słońca szczególnie latem, przepełniony jest przeróżną wonią uzbieraną z całego dnia, nie tak jak o wschodzie, kiedy to czuje się rześkość poranka i lekką nutę zapachu z nocy, która rozpływa się z ostatnimi śladami mroku. Wyraźnie odczuwa się jak dzień gwałtownie spowalnia. Leniwie snują się chmury po niebie, żegnając słońce na tej części półkuli. Słychać warkot traktora powracającego z pola. Samochody zmierzające ku domom i znów można usłyszeć gwizd pociągu, który ginie w zgiełku dnia codziennego. Ktoś kogoś nawołuje albo gwiżdże na psa podczas spaceru. Można spotkać sąsiadów wracających do domu, bądź krzątających się na swoich posesjach. Rozchodzą się po okolicy różne odgłosy przed wieczornych prac mieszkańców. A to coś stuka, a to coś furczy z okolicznych podwórzy... 

wtorek, 22 lipca 2014

Wiejski powiew lata

 Lato na wsi kojarzy nam się przeróżnie, z łąkami, pastwiskami, na których pasą się krówki, koniki... nie umiem sobie przypomnieć z dzieciństwa pasących się kóz czy baranów. Tam gdzie ja bywałam, były przede wszystkim krowy, nawet koni było mało. 
Kojarzy nam się ze złocistymi łanami dojrzewających zbóż w słońcu...obecnie to przede wszystkim polami kukurydzy. A w tych łanach zbóż chabry, rumianki... chociaż po wnikliwej, otrzymanej nauce od osoby znającej się na roślinach polnych, okazuje się, że jest parę roślin łudząco podobnych do rumianka i ten rumianek wcale nie musi nim być. I oczywiście na brzegach łanów niebieściutka cykoria podróżnik, zwana potocznie polną lub dziką cykorią. W każdym razie tak mniej więcej roztacza się wizja przeciętnego mieszczucha, kiedy zapyta się go o wyobrażenia wsi latem. 

niedziela, 20 lipca 2014

Kawałek ogrodu w domu

Nigdy nie byłam zwolenniczką pamiętnikarstwa, wszelkie próby w miarę skrupulatnego spisywania czegokolwiek mi nie wychodziły, ale blog jako miejsce grupowania zdjęć z jakiegoś okresu nawet mi się podoba. Wszystko w jednym artykule, nie trzeba szukać. Dlatego dziś, powspominam domowe kompozycje kwiatowe, które najbardziej mi się podobały. Dodać muszę od razu, że nie jestem wielką miłośniczką ciętych kwiatów, chociaż piękno roślinnych kompozycji w wazonach umiem dojrzeć, ale zdecydowanie preferuję rośliny w naturze, bądź w doniczce z ziemią.

piątek, 18 lipca 2014

Kaliber L w zagrodzie

Od dzieciństwa na liście ulubionych zwierząt głównie - typowo miejskich, znajdowała się koza. Nawet umiałam podobnie meczeć, co wprawiało w osłupienie domowników a jak byłam w ZOO lub w miejscu gdzie się pasły bądź po prostu były, wszyscy myśleli, że to one meczą a nie ja. Co mnie w nich pociągało? Bródka? Mordka? Nie wiem... czasami jesteśmy w czymś, w kimś zakochani bez większego powodu, tak po prostu i już. I na takiej właśnie zasadzie byłam zakochana w kozach. Świadomość, że nie mogę jej mieć w bloku absolutnie mi nie przeszkadzała w uwielbianiu jej. W sumie to było bez znaczenia. Lubię bardzo wiele zwierząt i wcale to nie oznacza, że od razu muszę je mieć. Nawet wtedy gdy powstały kurniki, czyli jakieś budynki gospodarcze, wcale nie pomyślałam od razu o niej aby natychmiast sprowadzić i hodować. Owszem, drgnęło coś we mnie, którejś wiosny, będąc na targu i ujrzawszy napis na tekturze: sprzedam tanio kozę z małymi. Przystanęłam, zadumałam się nad tym i nawet mężowi o tym opowiedziałam ale raczej w sensie ciekawostki niż jakiegoś konkretnego pomysłu.

środa, 16 lipca 2014

Kurnikowa rabata

Opisując w blogu moje dziwne gospodarstwo i jeszcze dziwniejszy ogród, stwierdziłam, że nie może zabraknąć opowieści o tej równie dziwnej rabacie, chociaż nie jest ona najdziwniejszą rabatą mojego ogrodu. Ale bardzo ją lubię, ponieważ jest jakby pomnikiem mojej miłości nie do miejsca zamieszkania ale do przyrody. Mimo mych problemów adaptacyjnych, od początku dbałam o dobro roślin, które zaczynały ze mną tutaj żyć. Sadziłam je tak, aby móc je w razie czego ze sobą zabrać.
Powstała przypadkowo i może właśnie dlatego udała nam się od razu i stała się ciekawym elementem naszej działki. Szczególnie na początku, była jak oaza koloru i kwiecia i czegoś uporządkowanego. Miło przemierzało się długaśną drogę do domu, wzdłuż tych nasadzeń, skomponowanych trochę przeze mnie i trochę przez Matkę Naturę. Każdego roku coś wkomponuje mi w tę pierwotnie zaplanowaną pod kątem roślinności rabatę a ja nie mam odwagi zmieniać jej decyzji. Choć powstały wielokrotnie bałagan w rabacie jest głównie moim udziałem, posadzenia za gęsto lub posadzenia dwóch, mocno rozrastających się roślin. Matka Natura dosadza delikatnie, subtelnie gdzieś z boczku, bądź na przodzie, tam gdzie akurat jest luka i ją stara się skromnie wypełnić.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Śladem liliowcowego zapachu

Nikt w to nie wierzy, ja sama nie mogę uwierzyć w to do dziś, że dopiero z siedem lat temu odkryłam piękno liliowców. Już chciałam napisać, że odkryłam ich istnienie, co po części też jest prawdą, ale taką nie do końca. Gdzieniegdzie je widywałam, nawet w fazie kwitnienia ale jakoś tak... nie wiem... przechodziłam obojętnie. Pierwszą kępkę liliowca dostałam od netowej koleżanki z tegoż samego zaprzyjaźnionego kręgu ogrodniczego, posadziłam na tej mojej nijakiej działce i czekałam czy się przyjmie, stwarzając mu ze swojej strony jak najlepsze warunki ku temu. Ogromnie się martwiłam każdą rośliną, bo rzadko która przechodziła próbę wiosennych zalewisk i stawaniu się rośliną wręcz wodną, co potem ciężkie warunki słonecznej patelni, żyjąc jak na afrykańskiej pustyni. Mimo zacieniania wyższymi roślinami polnymi i siatką cieniującą, nie wiele to pomagało.
Zakwitł... jednym pojedynczym kwiatem w kolorze intensywnego pomarańczu z jasno kremowym środkiem i zawładnął moją duszą. Co było w tym kwiatku? Nie wiem... ale jego kształt kielicha tak bardzo mi się spodobał, że wręcz z lubością na niego patrzyłam i na kolejne, które rozkwitały. Zaczęłam drążyć temat... oglądać inne odmiany liliowców, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, że jest ich taka przeogromna ilość. Uważałam się za wieloletniego ogrodnika uprawiając z powodzeniem ogród różany w podmiejskim ogródku. Czym więcej o nich czytałam tym bardziej mnie zachwycały swą urodą... ba!! zaraziłam pasją do nich mego męża.

sobota, 12 lipca 2014

Kociakowo - początki

To był taki dzień jak dziś, tylko kilka lat wcześniej, pierwszego lata jakiego udało nam się tutaj doczekać po bardzo ciężkiej, pierwszej zimie. Mąż poszedł po jakąś poradę sąsiedzką i wrócił z dwoma kotami ku memu nieukrywanemu niezadowoleniu. Akurat nie takiej porady się spodziewałam. W dodatku na zasadzie wciśnięcia jednego kota dostał w bonusie drugiego aby ,,raźniej było temu pierwszemu". Nie pamiętam już, który to był ten właściwy, a który bonusem zadomowiły się oczywiście oba. Nigdy jednak nie mieliśmy kotów, za to mieliśmy sunię niecierpiącą ich bardzo i to był główny powód mych wyraźnych wątpliwości i rozterek na tym polu. W mieście pruła za nimi ujadając z przekrwionymi oczami i wykrzywionym pyskiem. Jedyny wyjątek robiła dla kociaków wszelkiej maści, te maleństwa mogły jej nawet do miski wejść i nic im nie robiła. A tu nagle pojawiły się dwa, podrośnięte już koteczki.


środa, 9 lipca 2014

,,Lato lato ech że ty! "

Tak jakoś zadźwięczał mi w uszach szlagier Grechuty... patrząc na obecną pogodę jaką mam od co najmniej  tygodnia, sama piosenka ciśnie się na usta.  Jak przystało na rasowego zmarzlucha chłonę w ilościach makro ciepełko, promienie słoneczne czyli jestem gorącą zwolenniczką lata i gdyby to ode mnie zależało mogłoby trwać z pół roku nieprzemiennie z opadami kontrolnymi dla naszego pięknego klimatu. Dlaczego pół roku a nie okrąglutki roczek? Jeszcze parę lat temu byłby ten okrągły roczek ale po zaznajomieniu się z insektami i gadzinami - również w pełnym tego słowa znaczeniu, żyjącymi w ciepłych krajach i które to w pierwszej kolejności przyczłapały by wraz z tym ciepłym klimatem do nas... to jakoś tak milej spoglądam na tę naszą zimę, która mnie jakoś nigdy nie zachwycała.  Nigdy nie przepadałam za zimnem, śniegiem, atrakcje zimowe przyjmuję na chłodno i jest to okres jakieś mojej wegetacji. Ale miało być o lecie...

wtorek, 8 lipca 2014

Motyle w moim ogrodzie

 Zadziwiające jak człowiek przy swoich licznych zmysłach i szeregu innych wspomagających go procesach postrzegania często jest ślepy na otaczający go świat. Nawet węch nie pomaga ani słuch. Tak było właśnie w moim przypadku. Nie pamiętam już odkąd zachwycały mnie ogrody różane i stało się to moim ogrodniczym marzeniem. Róże są piękne a ogród różany niepowtarzalny ma urok - jest to kwestia bezsporna, oczywiście, że tak. I ja należę nieustająco do miłośników różanych ogrodów, ale dziś chciałam opowiedzieć o czymś innym. A mianowicie o gnaniu za czymś odległym, niedostępnym, skupianiu się na patrzeniu dalekosiężnym gdzieś tam w odległą, nieistniejącą przyszłość i może nigdy nie z realizującą się zamiast na  dostrzeżeniu tego co ma się tuż za czubkiem nosa albo wręcz na nim. Marzenia jak niespełniające się iluzje są piękne i miło położyć się na fali wyobrażeń i niczym wirtualna rzeczywistość stworzona we własnym umyśle przenieść się do prywatnego raju i doskonałego miejsca naszych pragnień.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Ukryte piękno cz.1

Znów poszybuję ku  ekologiczno ogrodniczym rozważaniom, ale w końcu piszę o swoim własnym, prywatnym spojrzeniu na świat i najbliższym otoczeniu.  Już raz napisałam, że ,,ogród jest odzwierciedleniem duszy ogrodnika" a moja dusza  przepełniona jest miłością do wszystkiego co naturalne. Dlatego też nikogo nie powinno dziwić, że jestem  pod ogromnym wrażeniem roślin polnych i leśnych. A kiedy trafiłam informacje, że w naszym klimacie na łąkach rosną odmiany Orchidei to już w ogóle utwierdziłam się, że jest to bardzo krzywdzące nazywanie roślin rosnących w naturalnych środowiskach  - chwastami. Rośliny polne są takie piękne a niejednokrotnie ich kwiaty nie odstępują urodzie ,,ogrodowym". Posadzone w rabacie w kępie kilku sztuk wyglądają uroczo i bardzo elegancko. Lepiej dostosowują się do warunków glebowych, lepiej znoszą zmiany pogodowe i całkiem dobrze się rozsiewają.


niedziela, 6 lipca 2014

Samosiejkowe Rudbekie

,,Przyroda jest zaskakująca i nieprzewidywalna", każdy o tym wie i ja oczywiście też... a może właśnie Ja w szczególności powinnam o tym pamiętać. ;)  Mimo to zaskakuje mnie na okrągło ten właśnie fakt o niej. Często czuję jakby Matka Natura śmiała się do mnie za każdym razem gdy wprawi mnie w miłe osłupienie i chyba cieszy się wraz ze mną moją niepohamowaną radością z jej niespodzianki. Ale chyba najbardziej bawi ją pewnie to, że za każdym razem uważam, że to ja przyczyniłam się do tego zjawiska. Chociaż w sumie jak by się nad tym przez chwilę zastanowić to nawet mogę mieć trochę racji... tak troszeczkę... w zależności jak spojrzymy na ten punkt widzenia to, to ,,troszeczkę" będzie nam się przesuwało w jedną albo w drugą stronę na miarce wielkości naszej ingerencji. Mogliśmy przecież nieopatrznie coś skosić, usunąć... prawda?  :)

sobota, 5 lipca 2014

Starcie tytanów

Powiało miłym chłodem lipcowego wieczora i tak mi przyszło do głowy, że zawsze zaczynam opowiadać od samego początku powstania sprawy czy koncepcji to tym razem będzie od końca.I chyba to nawet bardzo słuszna decyzja bo jak bym miała się rozdrabniać nad każdym etapem działki to zeszło by się nie wiem jak długo. Lubię dłubać w ziemi, ale nie nazwałabym tego zamiłowaniem do ogrodnictwa. Raczej jakąś miłą odskocznią od codziennych trosk, czy pomysłem na relaks. Owszem, sprawia mi  przyjemność pielenie, sadzenie a szczególnie koszenie trawy, ale to może dźwięk motorku kosiarki wpływa na moje zmysły terapeutycznie. W każdym razie nie jestem ,,niewolnikiem ogrodu", który ciągle gdzieś wynajduje sobie sposobność do pracy w nim. Ciągle musi coś przesadzać, przemieniać goniąc co i rusz za nową modą, czy własną najnowszą koncepcją aranżacji ogrodowej. Raczej odkąd tu mieszkam, a nawet szczególnie tutaj, pojawiła się dla mnie rzecz zaskakująca a mianowicie ogromna walka - ekologa z ogrodnikiem w mojej jednej, skromnej osobie.Obecny stan działki taki trochę mało formalny ale z akcentami klasycznego ogrodu jest wynikiem właśnie tego starcia, dla mnie - starcia tytanów. 

piątek, 4 lipca 2014

Kwa...kwa... kwakusie

Od dziecka zakochana jestem w małych żółciutkich kaczusiach. Ciocia z babcią wręcz chowały przede mną kaczątka, kiedy do nich przyjeżdżałam, bo widok ich wprawiał mnie w jakiś amok szatańskiej pogoni za nimi w celu złapania za ten śmieszny, malutki, żółciutki kuperek. A kaczusie podobno mają słabiutkie serduszko i nie wolno ich tak ,,ganiać" Tak więc... (ukłon w stronę pani polonistki ;)) skoro gdakały już kury, piał kogut, to czemu nie dokompletować kogoś jeszcze? Na targu co i rusz zerkałam w stronę małych, wcale nie żółciutkich kaczątek ale takich jakiś z paseczkami ;) Kiedy jeszcze mieszczuchowi powiedziano, że to tzw. rasa Królewska no to przecież nie można było się oprzeć...


środa, 2 lipca 2014

Pejzaż wschodzącego słońca

Wyjdźmy na chwilę poza kurnik i spójrzmy w niebo... O niebie będzie często ponieważ uwielbiam na niego patrzeć. Nic tak nie przyciąga mego wzroku jak widok płynących chmur, niesamowitych odcieni błękitu czy granatu burzy, dla wielu strasznej dla mnie fascynującej, ale kiedy przyjdzie czas na burzę, to będę się rozpisywać... dziś me ulotne myśli popłynęły za zapachem świeżości poranka...


wtorek, 1 lipca 2014

Lilipuci świat i gadająca kwoka

Miło przy filiżance porannej herbaty powspominać pierwsze nasze poczynania ze zwierzętami gospodarskimi. Od razu muszę dodać, że głównym celem hodowli kur było i w sumie jest -posiadanie własnych jajek, cieszenie się z małych kurczaczków i samo obcowanie z tym gatunkiem. Skłamałabym jednak gdybym powiedziała, że żadne nie trafiło do garnka. Zdarza się ale bardzo rzadko i raczej za sprawą męża, który hodowlę tę spostrzega ciut inaczej. Ale uczciwie muszę przyznać, że rosołek z własnego drobiu jak to mawiała moja babcia ,,ni jak się ma do kupnego".
Zaraz za typowymi kurami pojawiły się eksperymentalnie liliputy, czyli rasa kurek mniejszych, bardziej ozdobnych i zdecydowanie różniących się charakterem i usposobieniem. Ale o tym mieliśmy się dopiero przekonać.Wyglądem kojarzyły mi się z rajskimi ptaszkami. Bogactwo kolorystyczne upierzenia kogutów i długi ozdobny ogon potrafił wywołać zachwyt, zdumienie wywołał fakt, że kury te potrafią latać. Może nie wysoko ale nie gorzej od bażantów. W każdym razie ich nieokiełznana dusza i pęd do naturalnej wolności, bądź ogromne poczucie terytorialne, nakazywało im przelatywać przez ogrodzenie i żyć na całkowitej swobodzie, znosząc jaja w sobie tylko znanym miejscu działki, śpiąc na krzakach i niższych partiach drzew.